To nie moja wina

„Jestem za głupia i niedostatecznie utalentowana.”

„Cały czas popełniam te same błędy.”

„Wypadają mi z głowy najprostsze słówka.”

„Zapominam słownictwa, które kiedyś znałam.”

„Mam słabą pamięć.”

„Nie jestem dość inteligentna.”

„Potrafię budować tylko bardzo proste zdania i wolno się uczę.”

„Cokolwiek tworzę jest słabej jakości.”

„Nie jest dostatecznie dobre.”

Nie wychodzi mi i to MOJA WINA.

 

 

WINA

Według słownika PWN:

1. «czyn naruszający normy postępowania»
2. «odpowiedzialność za zły czyn»
3. «przyczyna, powód czegoś złego»

 LOS NA LOTERII

Prawdziwym powodem, dla którego zostałam modelką, było to, że wygrałam genetyczną loterię. (…)
Otrzymałam spuściznę. Może się zastanawiacie: czym jest spuścizna? Cóż, przez kilka ostatnich stuleci definiowaliśmy piękno nie tylko, jako zdrowie i młodość i symetrię, które podziwiamy, ponieważ tak zostaliśmy zaprogramowani biologicznie, ale również wysoką, smukłą figurę oraz kobiecość i białą skórę. I to jest spuścizna, która została dla mnie zbudowana, i to jest spuścizna, z której czerpię korzyści.
– Cameron Russell
Nie jest naszą winą jeśli rodzimy się z wadą serca. Albo cukrzycą. Albo jesteśmy za niscy, żeby pracować w liniach lotniczych jako steward(essa) czy pilot.

Nie jest naszą winą wzrost powyżej 2 metrów, ani też genetyczna tendencja do choroby nowotworowej.

 

Nie jest nią też, czasem wadliwy, system operacyjny (mózg), którym zostaliśmy obdarzeni. Umysł ludzki jest niesamowitym narzędziem pracy, ale na pewno nie doskonałym. Zapomina. Tworzy mocne połączenia neuronowe nie tam, gdzie byśmy sobie życzyli i nie tworzy ich tam, gdzie byłyby mile widziane. Czasem nie kojarzy faktów lub je ignoruje. Pomija istotne dane i wymaga od nas ciągłych powtórzeń istotnych informacji. Pracuje wolniej, niż byśmy chcieli i nie regeneruje dość szybko. Jest zawodny.

I w takie narzędzie zostaliśmy wyposażeni.Nie mamy żalu do siebie o słabe płuca czy krótkie nogi. To jest „sprzęt”, który został nam przydzielony przy genetycznej loterii. Nie mamy więc wpływu na pakiet potencjału, jaki dostaliśmy, mamy jednak wpływ na to czy go wykorzystamy. A jeśli chcemy zasłużyć sobie na prawo do narzekania na swój los, to przyjmijmy też na swoje barki odpowiedzialność wykorzystywania 100% swoich możliwości.

Gdy więc nadchodzi dzień (lub tydzień, a nawet kilka), gdy myślę, że cokolwiek wychodzi spod moich rąk jest po prostu „słabe” (a zdarza się to bardzo często, ponieważ jestem wyjątkowo krytyczna wobec efektów swojej pracy), staram się praktykować dwie filozofie, które ratują moje zdrowie psychiczne 😀

1)
 'Pierwszy szkic jest zawsze g***niany.’

– Ernest Hemingway

I żeby kiedyś było dobrze, najpierw musi być WIELOKROTNIE do du***y.

 

 

2) W taki system operacyjny zostałam wyposażona. Nie ode mnie zależy jego potencjał, ode mnie tylko zależy czy się zatrzymam czy też będę próbować dalej. Moją winą będzie tylko to, jeśli oleję temat i przestanę się starać. Z całą resztą da się żyć.

13 błędów, które popełniłam w swojej edukacji

 

 

 

1. ZAKŁADAŁAM, ŻE ISTNIEJE „NORMALNE TEMPO NAUKI” (A JA NIE NADĄŻAM)

Nie brałam jednak pod uwagę perspektywy długoterminowej. Sądziłam, że skoro w skali semestru jestem w stanie opanować mniej, niż koleżanka czy kolega, to znaczy, że jestem słabsza. A co, jeśli byłam w stanie opanować tyle samo, co oni, ale w skali 3 lat? Albo 5? Tempo zapamiętywania jest zależne od wielu czynników i nie determinuje naszych ogólnych zdolności czy potencjału. Odzwierciedla jedynie to, co jesteśmy w stanie zrobić w danym momencie, nie ogólnie w danym przedmiocie czy życiu. Z perspektywy wieloletniej kariery, to, czy uczymy się w danym roku 10% szybciej czy wolniej, niż inni, nie ma najmniejszego znaczenia.

 

 

 

 

2. (NICZYM TEMPA DZIDA) BEZMYŚLNIE CZYTAŁAM TO SAMO

Aktywowałam więc wewnętrznego lektora (nasz własny głos, który słyszymy, gdy czytamy), a nie procesy poznawcze (uczenie się i zapamiętywanie). Wmawiałam sobie, że jeśli przeczytam coś X razy, to „spełnię normę” i przynajmniej nie będę mogła sobie zarzucić, że się nie starałam. Bezmyślne czytanie nie jest niczym innym, jak stratą czasu, ponieważ w żaden sposób nie przyczynia się do aktywnej nauki.

 

 

 

3. NIE SPRAWDZAŁAM SWOICH WIADOMOŚCI PRZED SPRAWDZIANAMI

Głównie przez niewiedzę, że powinnam była to robić, a potem z lęku, że wyszłyby przy tym braki i ewentualne nieprzygotowanie. Skąd więc mogłam określić czarno na białym co mi nie szło? Nie zadawałam sobie pytań i nie odpowiadałam na nie. Nie tworzyłam mini powtórek czy testów i nie wyłapywałam luk w wiedzy. Zapis takich sprawdzających pytań na marginesie książki czy samoprzylepnej karteczce zajmuje mało czasu, a za to utrwala materiał i sprawdza naszą wiedzę, gdy już skończymy pierwszy etap nauki.

 

 

 

4. MYLIŁAM POWTÓRNE CZYTANIE Z AKTYWNYM ODTWARZANIEM

Nawet wtedy, gdy czytałam ze zrozumieniem, nie mogło się to równać z odtwarzaniem wiedzy bez jakichkolwiek pomocy. W języku angielskim nazywamy to „active recall” i wielokrotnie lepiej wzmacnia ścieżki neuronowe w mózgu. Bo w końcu jaki jest lepszy sposób na sprawdzenie czy faktycznie coś pamiętamy, aniżeli powtórzenie definicji, wzoru, słówka czy zastosowania czasu z zamkniętym zeszytem?

 

 

 

5. NIE UCZYŁAM SIĘ POD KĄTEM TYPU ZADAŃ NA SPRAWDZIANACH

Informacja zostanie przez Twój mózg odtworzona dokładnie w taki sposób, w jaki została przyswojona. Wykuta na blachę notatka zostanie więc przez nas wyrecytowana, a związki frazeologiczne mogą sprawiać nam trudność w użyciu w wypowiedziach, gdy uczyliśmy się ich jedynie przez tłumaczenie. Inaczej więc powinniśmy się przygotowywać do testu wielokrotnego wyboru, a zupełnie inaczej do napisania eseju.

 

 

 

6. NIE POWTARZAŁAM MATERIAŁU

I z tym walczę po dzień dzisiejszy, choć z biegiem lat i dużą ilością praktyki, jest lepiej. Uczyłam się materiału raz, a potem go powtarzałam przed sprawdzianem. To nie mogło się sprawdzić. 😛 Ażeby informacja trafiła do pamięci długoterminowej, w zdecydowanej większości przypadków, wymaga ona od nas wielokrotnego powtórzenia. W przeciwnym razie zostanie sklasyfikowana przez umysł jako coś nieistotnego, a następnie wyeliminowana. I bardzo nad tym faktem ubolewam, ponieważ jestem pazerna i chciałabym móc od razu nauczyć się czegoś nowego (przecież skoro już raz to przeczytałam, to nagle zrobiło się to taaaakie nudne ;p). A tu się nie da, mózg płata figle i treść, którą znaliśmy wczoraj, dziś może być tylko mglistym wspomnieniem.

 

 

 

7. WIEDZA SŁUŻYŁA MI DO ZALICZEŃ, NIE ROZWINIĘCIA UMYSŁU

Czyli uczyłam się mając z tyłu głowy, że z tej wiedzy korzystać nie będę poza sprawdzianem. W naszym systemie edukacyjnym nie ma miejsca na wyjaśnienie uczniom w jaki sposób ta wiedza może im się przydać w przyszłości, a jeśli nie uważamy czegoś za użyteczne – do kosza.

 

 

 

8. ZA PÓŹNO OPANOWAŁAM TECHNIKI EFEKTYWNEJ NAUKI…

Mnemotechniki, mapy myśli, pamięć przestrzenna, pamięć zależna od kontekstu, Zadkładkowa Metoda Zapamiętywania, myślenie wizualne… Życie byłoby wtedy o tyle prostsze.

 

 

 

9. …I OKREŚLIŁAM SWÓJ PREFEROWANY STYL UCZENIA SIĘ

Moja koleżanka zadawała samej sobie pytania na temat historii, druga przepisywała wszystkie notatki, trzeciej wystarczyło przeczytanie zeszytu, a mój brat, z kolei, powtarzał głośno chodząc po mieszkaniu. Dużo czasu zmarnowałam, nim zrozumiałam, że jestem typowym wzrokowcem, który potrzebuje kolorów, przestrzeni i humoru, żeby coś przyswoić. Jedni potrzebują motoryki, inni uczą się słuchając wykładów, a wszyscy pozostali pamiętają obrazy. Nikt mi wcześniej jednak nie powiedział, że różne mózgi mają różne preferowane kanały informacji i to nie znaczy, że jestem głupsza, po prostu potrzebuje innych metod.

 

 

 

10. NIE ZOSTAWIAŁAM OKRUSZKÓW SWOJEMU MÓZGOWI

Czyli wczoraj pamiętałam, jutro zapomnę. I nie chodzi tu o materiał „łopatologicznego” sortu, takiego jak tłumaczenie. Mowa tu o ćwiczeniach wymagających zrozumienia i logicznego rozumowania. W poniedziałek mogłam rozwalać system i rozwiązywać konkretny typ zadań z matmy, a w czwartek już sprawiał mi on problem, ponieważ nie pamiętałam skąd brały się konkretne liczby. Nie wstawiałam strzałek czy symboli, które pozwoliłyby mi później odtworzyć tok rozumowania niezbędny do rozwiązania danego zadania. Rozpisane, nawet bardzo szczegółowo, zdanie, może nie być wystarczające do powielenia schematu. Czasem mózg potrzebuje dodatkowych okruszków.

 

 

 

11. POWTARZAŁAM BŁĘDY SWOICH NAUCZYCIELI…

Jeśli wiedziałam, że trafiłam na kompetentnego nauczyciela, takie problemy się nie zdarzały. Nikt jednak nie uczył się TYLKO od świetnych nauczycieli, wręcz przeciwnie, tendencja jest raczej odwrotne. Jeśli więc ufałam korepetytorowi, a on mi kazał samodzielnie ćwiczyć zestawy do ustnej matury, żeby móc wyrobić właściwe nawyki – byłam na dobrej drodze. Jeżeli jednak wiedziałam, że ktoś nie był czempionem edukacji, a kazał mi coś wyryć na blachę, należało użyć własnej głowy i poszukać lepszego sposobu (np. fiszek, zabawnych historyjek czy mnemotechnik).

 

 

 

12. …I WIERZYŁAM W ICH OSĄDY, GDY WE MNIE WĄTPILI

A było takich więcej, niż jestem w stanie zliczyć.

Cudza percepcja nas samych, to tylko opinia drugiego człowieka. Nie Sąd Boży, nie wyrok i nie cholerna wyrocznia, która na stówę ma rację. To tylko omylny umysł oceniający możliwości drugiego umysłu. Nic więcej.

W bonusie należy dodać, że większość nauczycieli ma tzw. fixed mindset, czyli mentalność zafiksowaną (stałą), według której nasz talent i nasze możliwości intelektualne są z góry ustalone przez geny i nic nie możemy z tym zrobić. Jest to tok rozumowania, w którym beztalencie historyczne pozostanie takim przez resztę życia. Zabawne, bo coś, czego nie potrafiłam osiągnąć w liceum, dziś, przy znajomości właściwych technik, nie sprawiłoby trudności.

 

 

 

13. NIE ODDZIELAŁAM AWERSJI DO NAUCZYCIELA OD AWERSJI DO PRZEDMIOTU

Trafiłam w życiu na wielu bardzo dobrych nauczycieli języka angielskiego, było też kilku z innych przedmiotów, którzy w ogromnym stopniu przyczynili się do mojego rozwoju. <3  Byli jednak też tacy, którzy, „zdołali” mnie zniechęcić swoim zachowaniem do danej dziedziny na całe lata, jeśli nie całe życie. Dziś włożyłabym więcej wysiłku w zidentyfikowanie co konkretnie było przyczyną problemu. Wbrew pozorom, niektóre przedmioty okazują się czasem użyteczne nie tylko w szkole, ale też w późniejszym życiu. Szkoda to zaprzepaścić tylko dlatego, że nauczycielka ma problemy z opanowaniem złości i odreagowuje na uczniach. 😛

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak się uczyć słówek tak, by je pamiętać na stałe :)

DAWNO, DAWNO TEMU…

 

W odległej krainie zwanej „Dziki Świat XXI Wieku” istniały dwa rodzaje umysłów. Pierwszy przypominał czystą niezapisaną kartkę papieru. Promieniał świeżością, był otwarty na nowe wiadomości i doświadczenia oraz nie był niczym skażony. Był to umysł dziecka.

 

 

Drugi zaś, pomimo życiowego doświadczenia i (teoretycznie) wiedzy, miał ogromne trudności w wyborze rzeczy ważnych. Rano łatwo ulegał pokusie sprawdzania mediów społecznościowych czy poczty email i kochał bycie „zajętym” (co rzadko kiedy było związane ze sprawami prawdziwie istotnymi). Był tak zagracony zbędnymi informacjami, że dołożenie czegokolwiek do tego stosu graniczyło z cudem. Do tego stopnia był bombardowany ogromem informacji, że nauczył się je w naturalny sposób ignorować. Jego wszystkie mechanizmy obronne nie były jednak dostatecznie efektywny i bardzo często doświadczał „przeładowania” (tzw. work overload, nazywanego również przepracowaniem). Tylko, że to przepracowanie nie zawsze było faktycznym przepracowaniem. Bardzo często polegało bowiem na konsumpcji zbędnych informacji, przez co w drugiej połowie dnia nie pozostawało mu już za dużo energii na zgromadzenie tych użytecznych.

 

 

Od czasu do czasu drugi rodzaj umysłu podejmował próbę dorzucenia do stosu wartościowych elementów. Nie był on zbyt świadom panujących w nim zasad, więc nie przywiązywał do nich żadnych sznurków, by móc je później ze stosu wyciągnąć. I tak wszystkie te informacje gubiły się gdzieś  pod stertą tak zwanego „wszystkiego”. Był to umysł osoby dorosłej.

 

 

 

NAUCZ SIĘ ŁOWIĆ RYBY

 

Najprawdopodobniej jesteś gdzieś między 18 a 35 rokiem życia, a to oznacza, że Twoje życie jest pełne różnego rodzaju nadmiaru i przypomina ten drugi rodzaj umysłu. Niestety, to już nie te czasy, że się motyle 4LITERAMI łapało, trzeba więc mózgowi pomóc. ;P Wiedz, że tonie on w pokładach wiadomości i żeby dorzucić do stosu jakąkolwiek informację, musisz doczepić do niej haczyk, który później pozwoli na jej wyciągnięcie.

Skąd to wiem? Bo jak tępak chodziłam przez kilka lat po pokoju i próbowałam powtarzać na głos słówka w różnych językach obcych, a potem dziwiłam się, że nie przynosiło to żadnych rezultatów.

Powtórzę się: zapamiętujemy to, co kolorowe, nietypowe, zabawne, charakterystyczne, pełne ruchu, a nierzadko i wulgarne. 😛 Nie wiedzieć czemu, gdy w historyjce pojawi się np. słowo „dupa”, nikt nie ma trudności w jej zapamiętaniu. 😛

Moja pointa: jeżeli nie stworzysz skojarzenia, masz bardzo małe szanse na przyswojenie, a później długoterminowe pamiętanie słownictwa. Przypomina to wciąganie obiektów odkurzaczem – niby wiesz, że tam jest, ale powodzenia ze znalezieniem.

 

 

MNEMOTECHNIKI

 

Czyli moja najukochańsza metoda przyswajania wiedzy. Są to systemy i techniki wspomagające zapamiętywanie. Im bardziej absurdalne, tym lepsze.

 

Załóżmy więc, że chcemy nauczyć się słówka CONDITION /kondyszyn/, czyli WARUNEK.

Jeżeli go nie znasz, to tym lepiej.

Dla mnie wymowa /kondyszyn/ brzmi jak „koń dyszy”. Tworzę więc z tego niestworzoną historyjkę, której mój umysł dotąd nie znał.

KOŃ DYSZY POD WARUNKIEM, ŻE SIĘ ZMĘCZY.  😀

Jak zawsze, uprasza się o nie kwestionowanie zdrowia psychicznego autorki. 😛

                        I na koniec wspomagam cały proces żywym obrazem.

Osobiście, zdecydowanie wolę odręczne rysunki, ponieważ łączą w sobie element motoryki, bardziej pobudzają wyobraźnię i są przede wszystkim WŁASNE ==> EFEKTYWNIEJSZE, ale nie załączę tu swoich bazgrołów, bo to by już było za dużo radości na jeden artykuł. 😛

 

Skojarzenie działa dzięki kilku elementom:

– tworzy „haczyk”, dzięki któremu później wyciągniemy słówko z czeluści umysłu,

– jest historyjką, którą możemy sobie wyobrazić, a nie pojedynczym słowem (–> wprowadza ruch),

– nasz umysł dotąd takiej dziwnej historyjki nie znał, więc jest ona dla niego unikatowa.

*** Dlatego też im „dziksze” skojarzenia, tym lepsze – większe szanse na przyłączenie ich do pamięci długoterminowej. W przeciwnym razie, mogą one trafić do tego nieszczęsnego odkurzacza, z którego ich potem nie wyciągniemy.

 

Inny przykład. Wielu początkującym kursantom sprawia problem zautomatyzowanie rozróżnienia „he” i „she” (czyli „on” i „ona”).

HE /hi/ – ON

Sprawdzam z czym mi się kojarzy „he” lub wymowa /hi/. Wymowa automatycznie przywodzi na myśl śmiech. Wiem, zdaję sobie sprawę, że są to wyżyny kreatywności, ale cicho, sza! 😉 😛

  • Moja mnemotechnika będzie więc wyglądać następująco:HI, HI, HI!!!
    I ostatnia kwestia: regularnie spotykam się z oporem, ponieważ „tworzenie takich skojarzeń zajmuje dużo czasu”. Po pierwsze, jak wszystko, wymaga nieco praktyki, ale potem proces jest o wiele krótszy i bardziej automatyczny. Po drugie, w przypadku większości dorosłych łopatologiczne powtarzanie słówek (w głowie czy na głos) jest po prostu NIEEFEKTYWNE. Wolisz poświęcić 30-60 sekund na stworzenie śmiesznej historyjki, która umożliwi FAKTYCZNE ZAPAMIĘTANIE nowego słowa, czy może lepiej jest powtarzać kilka-kilkanaście razy na głos mając MOŻE 50% szans na zapamiętanie (i stracić przy okazji 2-3 razy więcej czasu przez większą ilość powtórek) ?

 

5 mega prostych nawyków, które poprawią Twoją pamięć w 2018 roku

STAWIAJ MAŁĄ BUTELKĘ Z WODĄ NA SWOIM TELEFONIE

 

Wszyscy jęczą i smęcą, że należy pić wodę i dbać o nawodnienie organizmu. Sama jestem pewnie większym grzesznikiem w tej materii, niż ktokolwiek inny. Dzięki naturalnym antybiotykom i bieganiu w niskiej temperaturze mam wysoką odporność. Niestety, średnio raz na 2 lata dopada mnie wyjątkowo paskudna wersja grypy żołądkowej i nie jestem wtedy w stanie przyjąć jakichkolwiek płynów. W efekcie bardzo szybko się odwadniam (zaniedbanie picia wody dodatkowo przyspiesza proces) i kończy się na kroplówce.

 

W tym roku postanowiłam więc wreszcie zapobiegać takim przypadkom zawczasu i poszłam za radą jednych z youtuberek – zaczęłam stawiać butelkę z wodą na swoim telefonie. Za każdym razem, gdy muszę zadzwonić lub wysłać/odczytać smsa, jest to dla mnie sygnał, że powinnam ją nieco opróżnić i wziąć kilka łyków. Stawianie wody na biurku, nawet praktycznie pod samym nosem, po prostu na mnie nie działa.
Prosty system i przyspieszenie procesów mentalnych o 14% 😉

 

 
MYJ ZĘBY I OTWIERAJ DRZWI LEWĄ RĘKĄ

 

 
Właściwie to powinnam napisać NIEDOMINUJĄCĄ ręką 🙂 Wykonywanie prostych czynności w sposób niestandardowy pobudza partie mózgu odpowiedzialne za kreatywne i nieszablonowe myślenie oraz zmusza do koncentracji. Łatwiej jest nam się pilnować rano, gdy nasz „kanister z zapasem silnej woli” jest jeszcze pełny. Im bardziej będziemy zwlekać z ćwiczeniem w koncentracji w ciągu dnia, tym mniejsze szanse, że w ogóle coś w tej sprawie zrobimy.

 

No i kto z nas ma w codziennej bieganinie czas i chęci, żeby rozwiązywać regularnie krzyżówki? Niektórzy twierdzą, że jest to również dobre ćwiczenie na poprawę samodyscypliny, choć nie dokopałam się jeszcze do badań potwierdzających tą teorię. 😉

 

DOPISZ MIGDAŁY I PISTACJE DO LISTY ZAKUPÓW

 

Yyyy… Tylko uwaga na ilość. 😀 Są diabelnie kaloryczne 😀 Ale za to TAKIE PYSZNE! 😀 Alternatywą jest masło orzechowe (które osobiście mogłabym pochłonąć w dwa dni), choć wtedy trzeba uważać na ewentualną zawartość szkodliwego oleju palmowego. Jeśli jednak mamy możliwość sięgnąć po wspomniane pistacje czy migdały w czystej postaci, tym lepiej, ponieważ masło orzechowe, choć zdrowe, nie daje tylu samo korzyści dla mózgu.

 

Dodatkowo, pistacje przyspieszają metabolizm, więc spożywane z umiarem wspomagają utratę wagi lub jej utrzymanie na zdrowym poziomie 🙂 Są przyjazne sercu, zapobiegają wysuszaniu skóry, zawierają usprawniający procesy trawienia błonnik oraz antyoksydanty (zapobiegają chorobie nowotworowej).

 

Migdały, w bonusie, obniżają poziom cholesterolu, usprawniają procesy poznawcze (naukę) oraz zmniejszają prawdopodobieństwo demencji. Są również badania potwierdzające, że ich spożywanie spowalnia rozwój choroby Alzheimera.

 

Smacznego! 😉

 

PIJ PORANNĄ KAWĘ NIE MYŚLĄC O NICZYM

 

Pisałam nie raz i nie dwa o treningu uważności (medytacji), która w badaniach wypada świetnie z perspektywy poprawy koncentracji. Otóż taki trening może przyjąć bardzo różne formy, a jedną z nich jest uważne jedzenie lub picie 🙂 Na co dzień mamy tendencję do „pochłaniania” jedzenia nie czując nawet jego smaku. Ot, mamy 5 minut na przełknięcie kilku kęsów kanapki i biegniemy dalej. Większość z nas i tak pije rano kawę lub herbatę, warto więc ją wykorzystać do ćwiczenia swojej zdolności do koncentracji.

 

*Nie zdziwcie się tylko, gdy zauważycie, że przy koncentracji na czynności picia, smak wyda Wam się nieco inny 😉 Serio, serio. 😉

 

WYCHODŹ Z DOMU 5 MINUT WCZEŚNIEJ

 

I zrób kółko lub dwa wokół domu czy bloku 🙂 Jest to połączenie niewielkiego wysiłku fizycznego i dopływu świeżego powietrza (zakładam, że nie traficie na dzień uprzykrzony smogiem). Jedno, jak i drugie, znacząco przyczynia się do pobudzenia płata przedczołowego odpowiedzialnego m.in. za koncentrację, planowanie, złożone zachowania i zdolność do ignorowania „rozpraszaczy”.

 

Na początku wymaga to odrobiny uwagi i wysiłku, ponieważ jeżeli od miesięcy czy lat jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że opuszczamy dom/mieszkanie o określonej godzinie, mimowolnie będziemy chcieli wykorzystać te dodatkowe 5 min na coś innego (drzemka, muzyka, dłuższe śniadanie, itp.). Jeśli jednak przypilnujemy się przez pierwszy tydzień lub dwa, potem wcześniejsza pobudka i odrobinę zmieniona poranna rutyna wejdą nam w krew. Kto wie, może nawet z czasem zechcecie odrobinę wydłużyć spacer 😉

3 dziwne rzeczy, które codziennie wpływają na Twoją pamięć

INTERNET

 

Ze szczególnym uwzględnieniem wyszukiwarki. 

 

 

Umiejętność niewykorzystywana zanika. Gdy przestajemy się ruszać, następuje zanik mięśni. Gdy przestajemy powtarzać informacje, zapominamy. Wydaje się proste i oczywiste, jednak na co dzień nie zdajemy sobie sprawy ze spustoszenia, jakie sieje technologia w naszych głowach.

 

Naturalną reakcją mózgu jest dostosowywanie się do okoliczności i wymagań. Tak więc w dobie XXI wieku, gdy wszystko jest dostępne przez naciśnięcie kilku klawiszy w telefonie, potrzeba zapamiętywania czegokolwiek przestaje istnieć. I tak właśnie Google awansował na stanowisko naszego drugiego mózgu. Dosłownie.

 

Statystyki pokazują, że z czasem zaczynamy zapominać nie tylko kolejność wykonywania działań matematycznych, ale zaczynamy zapominać WSZYSTKO, a fizyczna zdolność naszego twórczego organu do zapamiętywania gwałtownie maleje.

 

 

TEMPERATURA BARWOWA ŚWIATŁA

Nikogo nie zdziwi, że naturalne światło w znacznym stopniu przyczynia się do poprawy nastroju, ogólnego samopoczucia, a co za tym idzie – do zwiększenia zdolności zapamiętywania.

 

Wiedzieliście jednak, że temperatura barwowa światła ma znaczenie przy zapamiętywaniu?

 

Ciepła kolorystyka (światło żarówkowe lub zbliżone) sprzyja relaksacji, a chłodna (światło białe, dzienne) koncentracji i zapamiętywaniu.

 

I choć nie każdego stać na tzw. „lampę antydepresyjną” imitującą naturalne promienie światła (sprawdziłam, 500 zł, OLABOGA!), to warto mieć takie badania na uwadze, gdy kupujemy sobie nowe żarówki i możemy wybrać inny kolor światła 😉

 

 

ODWODNIENIE

Badania przeprowadzone na dwóch grupach wykazały, że czas reakcji u osób, które zostały nawodnione przed badanie,czas reakcji był o 14% krótszy, niż u tych, którzy wody nie dostali. 

 

Z danych z Uniwersytetu Loughborough wynika też, że ilość popełnianych błędów przez odwodnionych kierowców (np. wyjeżdżanie poza pas ruchu, opóźnione hamowanie) jest zbliżona do tych, które można zaobserwować u osób po spożyciu alkoholu (na granicy dozwolonej zawartości alkoholu w organizmie). Zaniedbanie ilości spożywanych płynów znacząco wpływa na naszą zdolność do koncentracji i czas reakcji.

Nauka angielskiego dla nieśmiałych #2

KONTEKST MA ZNACZENIE

 

Miałam w życiu ogromne szczęście do dobrych nauczycieli języka angielskiego. W gimnazjum Pani Aneta, choć cicha i niepozorna, była bardzo wymagająca i konkretna. Pani Basia (nota bene, moja wychowawczyni w liceum), ewidentnie lubiła swoją pracę. Typ człowieka z jejem, który potrafi podejść z humorem do swoich zajęć, ale również kładzie nacisk na praktyczny aspekt nauki. Pan Jurek, z którym niestety nigdy nie będzie mi już dane wymienić paru docinek, był chodzącym uosobieniem sarkazmu i czarnego humoru, ale bardzo go za to z bratem lubiliśmy – był moim korepetytorem przez 12 lat. Pamiętam jednak niektórych nauczycieli z innych przedmiotów (również na studiach), którzy bardzo skutecznie mnie do nich zniechęcili i sprawiali, że głos zamierał mi w gardle. Dziś, po paru latach budowania swojej samooceny i pewności siebie, na ich upokarzające komentarze odpowiedziałabym zupełnie inaczej. Mam jednak szczątkowe ilości przyzwoitość 😛 , żeby zachować ich nazwiska dla siebie.

 

Moja pointa – wiem jak bardzo jedna osoba potrafi wpłynąć na naszą zdolność do nauki i wysławiania się. Poznałam na własnym przykładzie jak bardzo człowiek może się jąkać podczas rozmowy z wykładowcą, gdy tamten na każdym kroku podkreśla swoją „wyższość”. Wyczulam więc wszystkich razem i każdego z osobna – jeśli tylko macie na to wpływ, bardzo uważajcie na to, kto Was uczy! Wiem, często nie mamy w tej kwestii nic do powiedzenia. W takich sytuacjach jednak niezmiernie ważna jest świadomość, że człowiek poniżający uczniów, nie powinien w ogóle pracować w szkole czy na uniwerku, a jego komentarze i opinie w żaden sposób nie określają Waszego intelektu czy wartości!

 

Spotkałam w życiu wielu bystrych kursantów, którzy cierpieli  powodu bariery językowej nie dlatego, że nie radzili sobie z językiem per se. Po prostu nie trafili dotychczas na lektora/nauczyciela, który pomógłby im ją przełamać. MEGA istotne jest, aby kursant/uczeń czuł się swobodnie na zajęciach i nie bał popełniania błędów. Jeśli ktoś ma utarte błędne nawyki czy schematy, jedynym sposobem na ich korektę, jest ich zidentyfikowanie. Do takich poprawek nie dojdzie, jeśli nie będziecie mówić, a nie będziecie mówić, jeśli będziecie się bać. Respekt jest wskazany, owszem. W przeciwnym razie nie zdyscyplinujecie się do pracy i zaczniecie odpuszczać zadania domowe wiedząc, że nie czekają Waz z tego tytułu z poważniejsze konsekwencje. Jest jednak ogromna różnica, między zastraszaniem kogoś, popisywaniem się i upokarzaniem, a pomocą i oczekiwaniami wynikającymi z tego, że Wasz nauczyciel w Was wierzy.

 

PARĘ SŁÓW O AFIRMACJACH (PODOBNO DZIAŁAJĄ :P)

 

Pamiętam jeden z wykładów Tony’ego Robbins’a, w którym opowiadał o afirmacjach. Z tematem spotkałam się wielokrotnie, za każdym razem jednak podchodziłam do sprawy z OGROMNYM dystansem. Nie widzę po prostu jak chodzenie w kółko po awanturze z bliską osobą i powtarzanie „I’m happy, I’m happy, I’m happy, I’m happy!”, ma mi pomóc poradzić sobie w gniewem. Wolę po prostu powiedzieć głośno, że mam ochotę komuś przyłożyć, proszę więc, żeby zostawić mnie na jakiś czas w spokoju i w celu pozbycia się nadmiaru adrenaliny – idę pobiegać 😛

 

Nie mogę jednak zaprzeczyć, że widzę pewne różnice w swoim samopoczuciu, gdy kontroluję się (lub nie) w tym, w jaki sposób prowadzę swój wewnętrzny monolog. Odkąd pamiętam zwykłam być dla siebie najsurowszym krytykiem. Gdy popełniałam najdrobniejszy błąd, wyzywałam się w duchu od idiotek. Kiedy czułam się zmęczona lub chora, zmuszałam się do pracy rzucając w myślach kilka epitetów dotyczących swojej „słabości”. Chcemy czy nie, tworzymy w swoich głowach swoiste środowisko, w którym tylko my „mieszkamy” i działa ono na bardzo podobnych zasadach, jak to zewnętrzne. Przebywając z jazgoczącymi zgredami, koniec końców, sami staniemy się zgorzkniali. Z drugiej jednak strony, humor wyraźnie nam się poprawi, gdy spotkamy na swojej drodze kogoś pozytywnego. Czy wierzę w afirmacje? Nie. Sądzę jednak, że każdy powinien uważać jak surowo traktuje samego siebie (lub, gdy sobie pofolgujemy, czy potrafimy się trzymać w ryzach). Stawianie sobie wysoko poprzeczki jest jak najbardziej wskazane i to pochwalam 😉 Jednak bycie swoim własnym tłamszącym tyranem nikomu jeszcze nie pomogło. 

 

Co robić, gdy nie mam talentu do języków? #3

ŚMIECH NA SALI, A TAK W OGÓLE, TO Z CZYM DO LUDZI?

 

Niech nam to zejdzie z drogi. Prawdopodobnie częściej podświadomie, aniżeli świadomie, narzucamy sobie standard, według którego, jeżeli chcemy dobrze mówić po angielsku, powinniśmy brzmieć jak rodowici Brytyjczycy czy Amerykanie. Kto tak twierdzi?! Sama uczyłam ludzi, którzy byli daleko od czegoś, co powszechnie jest uważane za „płynność językową”, ale potrafili bardzo dobrze się komunikować i mimo pewnych braków w słownictwie czy znajomości gramatyki, szczerze komplementowałam ich angielski. Niepotrzebnie podnosimy sobie poprzeczkę do poziomu, który do niczego tak naprawdę nie jest nam potrzebny. Boimy się, że ktoś wyłapie nasze błędy, uzna nasz akcent za zabawny, itp., itd. A oto moment oświecenia – jeśli będziecie mówić jak „nejtiw spikerzy”, są spore szanse, że i tak ktoś się będzie z Was nabijał 😛 Sama ostatnio zaliczyłam takie doświadczenie :>

 

KTO BY POMYŚLAŁ: TAYLOR SWIFT MIAŁA RACJĘ

 

Idąc na studiach pracowałam nad tym, aby mieć akcent brytyjski, a właściwie to RP, czyli Received Pronunciation (Zwany też BBC English :D), akcent standardowego języka angielskiego używanego w Anglii. I formalnie tego akcentu powinnam uczyć, choć często trzeba dryfować w stronę amerykańskiego, ponieważ brytyjski jest zbyt trudno do zrozumienia i to nie tylko na początku nauki. Z czasem zauważyłam, że sama zaczęłam mówić używając tego ostatniego i nie za bardzo mi się to podobało. Postanowiłam więc się pilnować i świadomie prowadzić zajęcia na wyższych poziomach używając brytyjskiego. I nigdy nie sądziłam, że dorosły mężczyzna w granicach 40-stki będzie miał tyyyyyyle frajdy przedrzeźniając mnie powtarzając w kółko słowo „jogeeeet” (–> jogurt). Bez względu na to czy powiecie coś używając polskiego, amerykańskiego, brytyjskiego czy cholera jedna wie, jakiego innego akcentu – jak ktoś zechce znaleźć powód, do głupich komentarzy, to i tak go znajdzie 😛

 

Cause the players gonna play, play, play, play, play
And the haters gonna hate, hate, hate, hate, hate
Taylor Swift, Shake It Off
TERMINATOR I SEKSOWNY KOT W BUTACH 

 

Kojarzycie ten charakterystyczny twardy akcent Arnolda Schwarzeneggera? Niby minęły dekady odkąd facet się wybił (co nastąpiło prawdopodobnie gdzieś między Conanem Barbarzyńcą, 1982, a Terminatorem, 1984) i wydawałoby się, że po tak długim czasie powinien być w stanie nauczyć się mówić jak Amerykanie, yes? Tak się składa, że potrafi 🙂 Słuchając ostatnio jego rozmowy z Tim’em Ferriss’em dowiedziałam się, że kiedyś chodził nawet na zajęcia poświęcone eliminacji akcentu. Okazuje się jednak, że, wbrew pozorom, nie jest to faktyczny cel tych lekcji. Nie chodzi o pozbycie się akcentu samego w sobie, a wszelkich elementów mu towarzyszących, które utrudniają komunikację. Podobnie sprawa miała się z Arianną Huffington, założycielką Huffington Post. I czy ktoś z Was wyobraża sobie Antonio Banderasa, niezapomnianego Kota w Butach ze Shreka, bez jego „RRRRRRRR”? 😉

 

Nie musicie mówić jak nativi, bo zdecydowanej większości nas nie jest to do niczego potrzebne. Ja rzekomo mówię, a i tak dostaję z tego tytułu po du**ie ;p Tak długo, jak środowisko Was rozumie, gdy używacie angielskiego, JEST NAPRAWDĘ OK!!! 🙂 Jestem zdania, że powinniśmy słuchać wypowiedzi w różnych akcentach, ponieważ nigdy nie wiemy z kim będzie nam dane rozmawiać. Jednak jeśli chodzi o Wasze wypowiedzi rodem z UK z USA czy skądkolwiek indziej – poluzujcie gumkę w majtkach, nie musi być taka idealna 😉

 

Wymówka, żeby się nie uczyć angielskiego, bo i tak nigdy nie będę mówić jak native speaker.

Jak media społecznościowe wpływają na zapamiętywanie

DLACZEGO WSZYSCY KAŻĄ MI JEŚĆ RANO ŻABĘ?

 

Jedną z pierwszych koncepcji, z jakimi zetknęłam się na początku swojej edukacji o rozwoju osobistym była rada Briana Tracy. Jest on autorem książki „Zjedz tę żabę”, która opisywała około 20-ścia zagadnień ułatwiających zarządzanie czasem a tytuł reprezentował myśl przewodnią, czyli uporanie się z największym (i zwykle najmniej przyjemnym) zadaniem w pierwszej kolejności. Muszę przyznać, że mimo początkowej niechęci przez pewien okres czasu udawało mi się stosować do tej zasady i dzięki temu skończyłam połowę mojej pracy licencjackiej oraz oszczędziłam sobie sporo stresu, gdyż nie zostawiłam tego dużego projektu na ostatnią chwilę. Tracy tłumaczył, że nie tylko możemy dzięki takiemu nawykowi „odhaczać” rano najistotniejsze sprawunki, ale również uzyskać poczucie zwycięstwa rano i przekonanie, że najgorsze jest już za nami. Dopiero z czasem dowiedziałam się, że to jedynie wierzchołek góry lodowej.

 

NAJPIERW POZBĘDĘ SIĘ TYCH WSZYSTKICH BZDUREK-PIERDÓŁEK, A POTEM…

 

Czy ktoś z Was kiedyś zauważył, że wszystkie stancje i akademiki w okresie sesji przechodzą generalne porządki? 😀 Oczywiście sprzątanie pełni w takiej sytuacji funkcję dystraktora, czyli takiego „odciągacza uwagi” (wszystko, byle nie nauka). Bywa jednak zwykle, że są to drobne rzeczy, które nagromadziły się przez dłuższy czas i wtedy dochodzimy do wniosku, że gdy tylko zejdzie nam z drogi cały ten bajzel, wreszcie będziemy w stanie usiąść do konkretnej pracy i skoncentrować się tylko i wyłącznie na niej. Tak, to jest główny cel – wyeliminować rozpraszacze, żeby móc poświęcić się w 100% tej jednej sprawie. Zastanawia mnie tylko jedno. Czy zauważyliście, że z jakiegoś dziwnego powodu to nigdy nie działa? 😀

 

KAPITANIE, KOŃCZY NAM SIĘ PALIWO

 

W skrócie rzecz ujmując, jesteśmy bardzo leniwym gatunkiem. Jak już ustaliliśmy, w pierwszej kolejności bierzemy się za najprostsze zadania (np. sprawdzenie poczty i mediów społecznościowych) i odwlekamy te trudniejsze, ponieważ do nich jesteśmy najbardziej zniechęceni. Problem polega na tym, że nasz mózg zużywa energię bez względu na to, co robi. Nawet MYŚLĄC JEDYNIE o jakimś projekcie wykorzystujemy mentalne paliwo (energię kognitywną = poznawczą, czyli taką związaną z rozumowaniem). Między innymi dlatego też wszyscy (lub prawie wszyscy ;p) trenerzy od zarządzania czasem powtarzają w kółko, żeby rano nie spędzać czasu scrollując facebook’a czy instagrama. KAŻDA aktywność, nawet ta bzdurna i banalna, zużywa energię umysłu. Efekt jest nie trudny do przewidzenia – gdy siadamy do najistotniejszego zadania, nasz umysł jest już zmęczony, a my nie zrobiliśmy niczego konkretnego.

 

Wszyscy wiemy, że powinniśmy zaczynać od priorytetów, jednak, jak to mówią, powszechna wiedza niekoniecznie jest powszechną praktyką. Jeśli najpierw zmierzysz się z małymi zadaniami, wiedz, że gdy przejdziesz do większych poziom twojej energii bardzo szybko spadnie. Zwłaszcza w momencie, gdy będą to zadania wymagające kreatywności lub przyswajania nowego materiału. Koniec końców, wykonanie ich zajmie ci o wiele więcej czasu, aniżeli zabrałoby gdybyś wykonał je w pierwszej kolejności ze świeżym umysłem. 

Różnica w zapamiętywaniu u dzieci i dorosłych

NIE JESTEM JUŻ DZIECKIEM

Na pewno znacie to powiedzenie, że „dzieci chłoną wiedzę jak gąbka”. Idą do szkoły, wracają, pytamy je czego nowego się nauczyły, a one (przynajmniej na początku swojej kariery edukacyjnej :P) wymieniają nowo poznaną informację lub umiejętność. Pamięć dziecka działa nieco inaczej, niż u osoby dorosłej. Nie ma uprzedzeń, zgromadzonych danych, a co za tym idzie – nie ma żadnych punktów odniesienia. Gdy nauczyciel angielskiego wskazuje palcem stół i mówi „table”, dziecko kojarzy obraz ze słowem i w ten sposób zapamiętuje i nie potrzebuje przy tym dodatkowych skojarzeń. Coś mi jednak mówi, że gdybym spróbowała czegoś podobnego na większości moich początkujących kursantów i oczekiwała, że od razu to zapamiętają, odrobinę bym się zdziwiła 🙂

 

DOROŚLI POTRZEBUJĄ TZW. „REFERENCJI”

Jeśli kiedykolwiek mieliście kontakt z malarstwem mogliście się spotkać z określeniem „malowanie z referencji”. Oznacza to, że aby stworzyć własne dzieło potrzebujemy jakiegoś źródła, którym będziemy się posiłkować i na nie zerkać. Innymi słowy – nie malujemy z wyobraźni, tylko porównując czystą kartkę (a potem naszą pracę) do oryginału. Pamięć osoby dorosłej działa w bardzo podobny sposób. Aby przyswoić nową informację potrzebujemy właśnie referencji, czyli czegoś, do czego możemy się odnieść. Nowa wiedza i doświadczenia są porównywane do starszych, już zakorzenionych w naszym umyśle. Zdarzyło się Wam kiedyś usłyszeń nowe słówko w obcym języku, które ni hu hu nie przypominało Wam jakiegokolwiek już wcześniej znanego i w efekcie mieliście wrażenie, że to tylko taka „ulotna myśl”, której i tak nie zapamiętacie? O tym właśnie mowa.Umysł osoby dorosłej działa w znacznej mierze na zasadzie wcześniej wspomnianego porównywania. Dlatego najprawdopodobniej kolor różowy kojarzy się Wam z mały dziewczynkami, gdy usłyszycie słowo „żołnierz”, to wyobraźnia podsunie Wam mężczyznę w mundurze, a modelki uosabiacie z wysokimi bardzo szczupłymi dziewczynami. Wszystko dlatego, że dane elementy są porównywane do dotychczasowych doświadczeń.

 

JAK TO WYKORZYSTAĆ

Jest wiele warunków i czynników sprzyjających zapamiętywaniu, ale najbardziej podstawową zasadą jest w tym momencie wyrobienie sobie nawyku przyłączania nowej informacji do starej. Ulubionym kolorem jednej z moich przyjaciółek jest fuksja (dla panów – kolor pomiędzy różem i fioletem ;D). Wyobrażam więc sobie, że w jej domu jest wiele kwiatów tego rodzaju. Chcę zapamiętać, że najistotniejszym elementem w fotografii jest światło. Porównuję to ze swoimi doświadczeniami z przeszłości, w których robiłam zdjęcia przy dobrym i bardzo słabym oświetleniu. Mylą mi się osoby „he” i „she” w języku angielskim. Wyobrażam więc sobie swojego kolegę, brata czy tatę, który chichoce „hihihi”, gdy opowiem mu głupi żart 😀 Nowa informacja do starej.

 

WIĘKSZOŚĆ Z NAS NIE MA LUKSUSU ZANIEDBANIA

Nawet jeśli już dawno minęły czasy, w których zapamiętywaliśmy coś po jednokrotnym usłyszeniu, nie oznacza to, że nasza pamięć jest do bani. Po prostu wymaga nieco więcej wkładu czasu i wysiłku. Nie wspominając już o tym, że żyjemy w dobie informacji i komputerów, a to oznacza, że jeśli nie chcemy za bardzo zostać w tyle i dbamy o to, by mieć co do garnka włożyć, trzeba się odrobinę postarać i stale rozwijać. Niektórych przeraża ta wizja, innych drażni, jeszcze inni mają jej po dziurki w nosie. Niestety, z mojego doświadczenia wynika, że jeżeli nie ma postępu, to następuje regres. Osoby, które są teraz około 50-tki zwykle wychodzą z założenia, że dotrwają jakoś do emerytury i najprawdopodobniej mają rację. Młodsi z nas, plasujący się wiekowo gdzieś między 20 a 35, są w nieco gorszej sytuacji. My chcąc zmienić pracę wiemy już, że angielski komunikatywny, dobra znajomość pakietu Office i prawo jazdy kategorii B są oczywistymi elementami oferty pracy za minimalną krajową. Możemy usiąść, zapłakać i pomachać pięścią w stronę nieba krzycząc jakie to niesprawiedliwe lub, na co zwykle nie mamy ochoty, zrobić użytek z szarych komórek. Druga droga jest oczywiście o wiele trudniejsza i najnormalniej w świecie – kłopotliwa. Ale czy mamy jakiś wybór?