GOOD IMPRESSION

 

 

GOOD IMPRESSION

Jest to kurs składający się z 15 lekcji video, mający za zadanie nauczyć Cię:

– co robić, gdy umknie słówko,
– przeprowadzać small talk (techniki i sztywne wyrażenia),
– jak prowadzić ciekawsze rozmowy i być lepszym rozmówcą,
– wyrażać swoją opinię (w sposób ciekawszy, niż ‘I think’ ;)),
– argumentować,
– jak mówić bezosobowo (i nie zaczynać każdego zdania od ‘I’),
– używać bardziej wyszukanego słownictwa (30 paneli z synonimami do najczęściej używanych słów w angielskim: 15 omówionych w video + 15 do samodzielnego uzupełnienia),
– używać mostów (czyli czym zastąpić takie słowa, jak ‘ale’ czy ‘bo’).

 

Kurs powstał z myślą o kursantach na poziomach B1 i B2.

Zakup upoważnia do rocznego dostępu do kursu.

 

W sprzedaży:

– GOOD IMPRESSION
– PAKIET 3 MOICH KURSÓW w wersjach mini MINI (w tym 'Czasy dla wzrokowców’ i 'Tryby warunkowe’)
– PAKIET 3 MOICH KURSÓW w wersjach STANDARD (w tym 'Czasy dla wzrokowców’ i 'Tryby warunkowe’)

Powód, dla którego regularnie dostaję „hejt”

„Dziwnie będzie brzmiało jak ktoś przeczyta twoją polską notkę (…)”

” Gdzie transkrypcja fonetyczna jest zbliżona do paru liter skleconych po polsku?”

„Z zapisem fonetycznym lub bez dobrze jest jak uczona jest poprawna wymowa, a nie jej spolszczona wersja.”

 

Czyli dlaczego Panna Efektywna szerzy anglistyczne herezje i „ignoruje” transkrypcję fonetyczną.

 

Często słyszę (od anglistów i nie tylko), że źle uczę języka angielskiego, ponieważ moje fiszki zawierają spolszczoną wersję wymowy, a nie transkrypcję fonetyczną.

Wszak mamy w języku angielskim takie dźwięki, jak np.  ə, uː,  eɪ  czy  æ, więc jak ja śmiem ich nie uwzględniać?

Mówią Ci one coś? Nie? Nie szkodzi. Dziewięćdziesięciu pięciu procentom kursantów, którzy przychodzą pierwszy raz na moje lekcje też nie. I wiesz co? Uważam, że nie powinno to być przeszkodą w nauce angielskiego. Ja się nauczyłam transkrypcji na pierwszym roku studiów i w życiu spotkałam MOŻE 3 licealistów, którzy zostali w tej materii wyedukowani w szkole średniej.

Gdy założyłam bloga i kanał YouTube musiałam podjąć decyzję – czy projektując materiały do nauki słownictwa zapisywać na nich fonetyczną transkrypcję?

Tak zrodziło się kolejne pytanie – czy moi czytelnicy (w większości) posiadają dostateczną wiedzę do tego, aby wiedzieć czym jest np. „schwa”?  Nie, nie mają, więc zapis fonetyczny sam w sobie będzie całkowicie bezużyteczny.

Czy powinnam więc tworzyć fiszki, które będą zawierały: rysunek, historyjkę, kolory, słówko, przykład i do tego jeszcze spolszczony zapis wymowy oraz transkrypcję fonetyczną? Wówczas z czegoś, co miało być przejrzystą fiszką zostałby nieczytelny bazgroł.

 

Początek i koniec zarazem.

 

Czy wizja rozpoczęcie nauki nowego języka obcego od przyswojenia takich „hieroglifów” wydaje Ci się kusząca? Zwłaszcza, że na początku nic Ci nie mówią, bo nie słyszysz jeszcze za bardzo różnicy między  „ə” i „æ”?

(MOIM ZDANIEM) naszym priorytetem, jako nauczycieli, powinno być uczenie Was KOMUNIKACJI. No, chyba, że przychodzi do mnie maturzysta i mówi, że chce zdać rozszerzoną na 85%, to inna śpiewka. Jednak pracuję głównie z dorosłymi, a oni chcą umieć MÓWIĆ. Czasem dlatego, że prowadzą rozmowy telefoniczne po angielsku z klientami w korpo, a czasami dlatego, że nie chcą się zsikać ze strachu na lotnisku w drodze na wakacje za granicę. 😉

Na początku nauki mają więc cel i motyw. Mają energię i entuzjazm.

I ja mam w tym momencie wyciągnąć listę swoich „hieroglifów” i powiedzieć im, że zaczniemy naukę od tej nudy, która wcale nie jest priorytetem w komunikacji?

Seriosulsy?

 

Ostatnio odpowiedziałam na FB na taki właśnie zarzut, że uczę „niepoprawnie”. A odpisałam na niego mniej więcej tak:

 

” (…) że „spolszczona wersja” czyli polski zapis fonetyczny nie jest do końca poprawny.

Oczywiście, że nie jest do końca poprawny. W języku polskim nie mamy dźwięków występujących np. w „think” czy „the”, nie zagrasz idealnie melodii na fortepianie, w którym brakuje kilku klawiszy. Tak samo nie jestem w stanie zapisać w ZROZUMIAŁY sposób dźwięków których w j. polskim nie ma.

Ale na ten „zarzut” już odpowiedziałam – uproszczenie jest całkowicie zamierzone, bo „done is better than perfect” (zrobione jest lepsze od idealnego). Wolę, żeby moi kursanci mówili spolszczonym zrozumiałym angielskim i dogadali się, aniżeli angielskim idealnym, który… nie istnieje, bo będą się bali otworzyć usta przez wysoko postawioną poprzeczkę.

Bo, niestety, nasz system edukacyjny doprowadził do tego, że na lekcjach to się robi ćwiczenia z gramatyki i 3 x Z, a opuszczając mury szkoły wszyscy dostają talepawki z lęku przed mówieniem. Zanim więc zaczniemy wymagać pięknej wymowy RP upewnijmy się, że kursanci W OGÓLE coś powiedzą po angielsku.

Świadomie nie uczę tak, aby uzyskać idealne efekty. Uczę tak, aby efekty były dostatecznie dobre. Pedantyzm grozi nienauczeniem wcale.”

 

 

Polerowanie i dopieszczanie wymowy powinno mieć miejsce niemal przez cały okres nauki języka. Jeśli jednak torturowałabym swoich uczniów i czepiała wymowy, zwłaszcza na początku, kładła nacisk na każdy akcent i poprawność każdego dźwięku, coś mi mówi, że klientów miałabym niewielu. Bo kto by się nie zniechęcił czymś takim już na wstępie?

 

I nie zrozum mnie źle – mój system jest daleki od ideału. Wciąż się zmienia, a ja nadal eksperymentuję z zapisem wymowy i swoimi fiszkami dla wzrokowców. Jednak przez te 10 lat nauczania mogę stwierdzić jedno – nigdy nie uda nam się przyswoić WSZYSTKIEGO. Dlatego też powinniśmy się uczyć tego, co jest najważniejsze i WTEDY dopiero mierzyć w stronę ideału. Oczywiście, że powinniśmy dążyć do pięknej wymowy i płynnych wypowiedzi. Tylko czy jest sens w oczekiwaniu sprintu od kogoś, kto stawia dopiero swoje pierwsze kroki?

 

 

 

PRZYDATNE ŹRÓDŁA:

  1. http://macmillandictionary.com/

Ma taki fajny guzik z narysowanym głośnikiem. :>

2) https://www.collinsdictionary.com/dictionary/english

Jak wyżej.

2 cechy ludzi sukcesu, które są ważniejsze od inteligencji

WCALE NIE TAKI MĄDRY

 

Wydawałoby się, że jeżeli skompletujemy grupę wyjątkowo inteligentnych ludzi, umieścimy ich w tym samym pomieszczeniu jako zespół i poprosimy o wspólne rozwiązanie problemu, to dzięki ich imponującemu IQ, ujmując kolokwialnie – „rozwalą system”. Prawda?

Fałsz.

Okazuje się, że inteligencja indywidualna nie ma związku z realizacją zadań, a co za tym idzie, zadanie zlecone 10 osobom odznaczającym się wysokim ilorazem inteligencji wcale nie musi doczekać się genialnego rozwiązania.

Najciekawsza część jest taka, że grupy złożone z osób o niższym poziomie IQ osiągnęły lepsze wyniki zespołowe podczas tego eksperymentu.

Uwielbiam takie badania. 😀 Pokazują nam jak wiele błędów jest w systemie edukacyjnym (pierwszy krok do ich naprawienia) i jak różnymi rodzajami inteligencji możemy się charakteryzować. 🙂

No, dobra, już nie trzymam w niepewności i tłumaczę czym się różniły te grupy. 😉

 

 

SPÓJRZ MI W OCZY

 

Wiecie na czym polega test „Reading the Mind in the Eyes”? 🙂 Jego autorem jest Simon Baron-Cohen z Uniwersytetu Campridge, a chciał on sprawdzić naszą zdolność do empatii, czyli wczuwania się w stan emocjonalny drugiej osoby. Test polega na obejrzeniu 30 zdjęć ludzkich oczu i określeniu emocji odczuwanych przez osobę ze zdjęcia. Osoby, które lepiej wypadły na tym teście, tj. trafnie interpretowały mimikę, były też bardziej samoświadome swoich uczuć i chętnie rozmawiały o swoich przemyśleniach i wrażeniach. Nikogo więc nie powinno dziwić, że w tych bardziej empatycznych zespołach przeważały kobiety. 😀

I to jest właśnie pierwsza z 2 interesujących nas cech – wysoka średnia wrażliwość społeczna. Brzmi wyszukanie, ale chodzi tak naprawdę o intuicję grupy – rozpoznawanie stanu emocjonalnego jej członków po wyrazie twarzy, postawie i tonie głosu. Innymi słowy czytanie ludzi. 😉

Ciekawe swojego poziomu empatii? 😉 Taki test możecie sobie zrobić m.in. TUTAJ.

 

 

PRAWO GŁOSU

 

Drugie zjawisko zanotowane przez naukowców wśród grup, które wypadły w badaniach na rozwiązywanie problemów lepiej, było dla mnie lekkim zaskoczeniem.

Zostało ono nazwane „równym prawem głosu”. Badania pokazały, że w zespołach, które wypadły najlepiej, statystycznie członkowie grupy mówili mniej więcej tyle samo. Liczba wypowiadanych słów mogła być różna w poszczególnych ćwiczeniach czy zadaniach, ale całkowita suma była bardzo zbliżona.

Zastanawia mnie czy wynika to bardziej z poszanowania cudzego zdania, tolerancji i otwartości na pracę grupową, z tego, że uczestnicy nie bali się zabrać głosu, ich pewności siebie i chęci do działania, obu tych elementów czy może jeszcze czegoś innego. Jeśli kiedyś uda mi się położyć łapki na bardziej szczegółowej analizie tych badań, napiszę Wam o tym. 😉

 

 

 

 

Nauka słówek – jak tworzyć śmieszne skojarzenia, by bezboleśnie zapamiętywać

 

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=sC8EJmADD5M&feature=youtu.be

 

GDY ANIA MIAŁA 13 LAT

– Nauczyłaś się już na jutrzejszy sprawdzian z historii?
– Tak, wszystko już przeczytałam.
– Przeczytałaś?! I ty się tak przygotowujesz?! To pewnie słabo te sprawdziany piszesz…

I choć w tamtym okresie z historii dostawała czwórki i piątki, głupia Ania wbiła sobie do głowy, że nie umiała się uczyć, a przeczytanie materiału było niedostatecznie dobre, aby go zapamiętać. I tak trwała w tym przekonaniu lat kilka.

 

 

GDY ANIA MIAŁA 18 LAT

– No, siedzę i się uczę…! – koleżanka wydawała się kompletnie nie ogarniać pytania.
– Ale jak to się uczysz? Co konkretnie robisz? Czytasz po cichu? Na głos? Kujesz osobno daty?
– Najpierw wszystko czytam, a potem sama opowiadam tą historię.
– I tak po samym przeczytaniu wszystko pamiętasz…? :O
– No, przecież jak coś przeczytasz, to pamiętasz co czytałaś, nie?!

Teraz już nie.

 

 

 

MĄDRE DZIECKO, GŁUPIE DZIECKO

 

Czyli jakimi nas widzi świat, tacy jesteśmy. Jeśli nauczyciel w podstawówce stwierdza, że jesteśmy z czegoś słabi, to w jaki sposób to wpływa na naszą samoocenę?

Dzieci BARDZO łatwo ulegają sugestii, a opinia dorosłych staje się ich własną. Im więcej razy (w szczególności od ważnej dla nas osoby) usłyszymy, że do czegoś się nie nadajemy, to głębiej się to wgryzie w nasze poczucie tożsamości. Podobnie ma się sytuacja z nauką i każde z nas musi samo odpowiedzieć sobie na to pytanie:

czy oceniam swój intelekt przez własny pryzmat czy ten, który został mi narzucony lata wcześniej?

Jak zacząć kwestionować takie negatywne przekonania? Prosto. Wystarczy opisać najwredniejszego i najsympatyczniejszego nauczyciela z czasów szkolnych. O dziwo, takie rzeczy pamiętamy bardzo szczegółowo. Albo najbardziej udaną imprezę w życiu. Pierwszy pocałunek. Sytuacje, w której byliśmy przerażeni. Stłuczkę samochodową. Dźwięki ulubionej piosenki. Kolor okładki ulubionej książki.

Nie jesteśmy głupi. Jeśli czegoś nie pamiętamy, to tylko dlatego, że nie stosowaliśmy spersonalizowanych technik najbardziej przyjaznych dla naszego mózgu.

Uczyliśmy się w sposób linearny, nudny, łopatologiczny, suchy, mało praktyczny. Czyli nieefektywny, ponieważ prawie 70% społeczeństwa najlepiej przyswaja wiedzę wzrokowo. A wzrokowo to znaczy jak?

 

 

EBOOK – WORKBOOK
PREMIERA 10.06.19 R.

ZAPISY NA LISTĘ OSÓB ZAINTERESOWANYCH 

 

 

POPRZEKLINAJ SOBIE I POBRECHTAJ

 

Mnemotechniki (nazywane również mnemonikami, od angielskiego mnemonics) to techniki zapamiętywania nowych informacji przez jaskrawe, skrajne, żywe i wywołujące emocje skojarzenia (bo, nie wiedzieć czemu, mózg zapamiętuje głównie to, co śmieszne, absurdalne, sentymentalne, wulgarne lub zboczone… 😛 ). Wspominałam już o nich TUTAJ.

Nowe informacje zagoszczą więc na stałe w mózgu, jeśli

1) będę działać nam na wyobraźnię,

2) zostaną przyłączone do tego, co już wiemy.

I wszystko pięknie wygląda w teorii, tylko jakoś praktyka tworzenia tych mnemotechnik nam nie wychodzi, a im jesteśmy starsi, tym trudniej (dlatego, że dłużej wyrabialiśmy sobie nawyki nieskutecznej nauki). Im bardziej przywykliśmy do bezmyślnego powtarzania słówek na głos, tym większy stawiamy opór przed stosowaniem skojarzeń.Przez to właśnie słyszę na porządku dziennym, że „Pani jest łatwiej„, „nie wychodzą mi te skojarzenia”, „no, nic mi nie przychodzi do głowy” i „Ty masz do tego lepszą głowę”.

Otóż… g**no prawda, wysoki sądzie! 😛 Nie mam ani większego talentu, ani lepszej głowy do głupich skojarzeń, ponieważ zaczynają też miałam takie trudności. Jedyne co mam, to WIĘCEJ PRAKTYKI. 😉

 

Postanowiłam więc podsunąć Wam kilka ćwiczeń, które pomogą wyrobić umiejętność tworzenia zabawnych asocjacji i historyjek. 🙂

 

 

Ania 😉

 

 

 

  1. Szukamy słów, które wyglądają podobnie. Jeżeli dopiero zaczynamy swoją przygodę z nauką angielskiego, skojarzeń będziemy szukać w języku polskim. Jeśli jednak jesteśmy już na nieco wyższym poziomie zaawansowania, możemy mieszać oba języki.

Np. KNOT   /not/ – węzeł

Jak go sKNOcisz, to lina się rozwiąże. 😉

 

 

 

 

2. Skojarzenia możemy tworzyć w oparciu o zapis lub wymowę. Gdy powtórzymy mnemotechnikę kilka razy, dla naszego mózgu nie będzie miało to mniejszego znaczenia. Tak czy siak, powinniśmy się uczyć zarówno jednego, jak i drugiego, więc to od czego zaczniemy, nie ma większego znaczenia. Haczyk to haczyk. 😉

 

Np. RIBBON  /ryben/   –  kokarda

Ryben? Rybny? 😀  Rybna kokardka? Kokardka na rybie? 😀

              +             

 

 

 

Stwórz własne skojarzenie. 🙂 Znajdź w języku polskim słówko, które będzie Twoim haczykiem do następującego słówka. 😉

 

 

Np. RAILING   /rejling/   –  balustrada, poręcz  (np. przy schodach)

Np. Jakie słowo w polskim zaczyna się od „rej…” ???

… 🙂  Nie przewijaj do dołu, zanim nie stworzysz własnego skojarzenia! 😛 🙂

 

 

 

 

… 🙂

 

 

 

 

… 🙂

 

 

 

 

… 🙂

 

Dla mnie jest to REJs  statkiem. 😉 Mogę też wykorzystać drugą część nowego słówka, w tym przypadku jest to „ling”. LING to dla mnie skojarzenie od LINGWISTYKI lub LINGWISTY, czyli człowieka, który zajmuje się językiem. 😉

 

Wyobrażam więc sobie, że na wakacje popłynę w rejs statkiem, na którym będę uczyła się języków obcych. 😀 A statek, jak to statek, musi mieć barierki i balustrady. 😉

 

 

 

 

Technika zapamiętywania stosowana przez wybitne umysły :)

 

 

 

NIE MA TO JAK W DOMU

 

Zaraz po prawej stronie znajduje się mniejszy pokój. Jego ściany są pomalowane na żółto i zielono, a na samym końcu, tuż przy oknie, stoi podwójne biurko, na którym tańczą… pomidory z sałatą. Biegają w kółko, goni je woreczek soli.

Kawałeczek dalej jest mój pokój, cały zapchany papierami i sprzętem do drukowania, malowania i fotografii. Na sofie przy balkonie leżą na leżakach… dwie butelki wody mineralnej i dwa kartony mleka bez laktozy.

Wchodzę do łazienki, a tam wyskakuje na mnie kosz na śmieci krzycząc, że domaga się worka. Po pokrywce bije go pusta butelka po płynie uniwersalnym do podłogi.

Już chcę wyjść z mieszkania, ale drzwi garderoby przytrzaskują mi kurtkę. Jeżdżą tam i z powrotem. Lustro jest całe upaćkane. Przydałby się płyn do mycia szyb i ręczniki papierowe…

Wychodzę.

 

I tak właśnie zapamiętałam listę zakupów.

 

 

 

 

PRZESTRZEŃ

 

Nasz umysł odznacza się czymś, co nazywamy pamięcią przestrzenną, to znaczy wewnętrznym GPS-em, dzięki któremu pamiętamy miejsca, a przy użyciu kilku sztuczek, jesteśmy w stanie kojarzyć z nimi informacje.  Potrafimy bez zastanowienia odtworzyć układ swojego rodzinnego domu, często bardzo szczegółowo. To z kolei oznacza, że nasz umysł już teraz posiada „haczyki”, do których możemy przyczepić nowe wiadomości. Trzeba je tylko połączyć z zabawnymi skojarzeniami i żywym obrazem.

 

 

 

ŻYWY OBRAZ

 

Wszak produkty żywnościowe z mojej historyjki nie leżały bez ruchu. Sprawiłam, że tłukły się i rozrabiały. Absurdalne? I o to właśnie chodzi. Ponieważ gdybym te wszystkie pomidory i sałaty po prostu „położyła”, mój mózg prawdopodobnie by je zignorował. Elementy, które dobrze znamy nie robią na nas żadnego wrażenia, a więc szybciej je zapominamy. Co innego przytrzaskująca kurtkę garderoba – jest to widok niecodzienny, wyraźny. Nawet jeśli istnieje tylko w mojej wyobraźni.

 

 

 

JAK TO WYKORZYSTAĆ

 

 

Przy pewnej dozie kreatywności, niemal do każdego rodzaju nauki. Tu wspominałam o przypisywaniu różnych słówek do miejsc. Możemy jednak w ten sposób przyswoić w porządku chronologicznym również władców Polski czy podstawowe zasady prowadzenia biznesu przed testem z Podstaw Przedsiębiorczości. Opcji jest wiele.

Najrozsądniej jest przypisywać informacje do pokoi i dużych (niepodobnych do siebie) mebli, ponieważ wtedy ich nie pomylimy i nie przeoczymy. Bardziej wprawiony umysł (czyli z czasem potencjalnie każdy, który jest skłonny zainwestować nieco wysiłku w tą technikę) może budować własne Pałace Pamięci – pomieszczenia i budynki istniejące jedynie w jego wyobraźni, choć zaprojektowane przez mózg z taką precyzją, jak gdyby zostały wybudowane w świecie realnym.

 

5 cech ludzi sukcesu

1. DĄŻĄ DO WYMARZONEGO STYLU ŻYCIA, NIE CELU OSIĄGNIĘTEGO ZA WSZELKĄ CENĘ

 

Jego przyjaciele, pijani tak, że mówili już językami, w końcu zasnęli. W pierwszej klasie zostało nas tylko dwóch. (…) Mark był prawdziwym magnatem. Kiedyś, w innych czasach, kontrolował praktycznie wszystkie stacje benzynowe, sklepy spożywcze i kasyna gry w Południowej Karolinie. (…)
– A który z twoich biznesów podobał ci się najbardziej?
Znalezienie odpowiedzi zajęło mu mniej niż sekundę.
– Żaden.
Wyjaśnił, że ponad trzydzieści lat spędził z ludźmi, których nie lubił, kupując rzeczy, których nie potrzebował. Swoje życie dzielił między kolejne młode żony – teraz był szczęśliwym mężem trzeciej – drogie samochody i inne źródła pustych przechwałek. Mark był jednym z żyjących umarłych.
A jest to dokładnie to, czego chcielibyśmy uniknąć.
Tim Ferriss, 4-godzinny Tydzień Pracy

 

Byłam w tym miejscu. Zarabiałam więcej, niż potrzebowałam. Sypiałam po 3-4 h na dobę i nienawidziłam swojego życia. Zrealizowałam też zamierzone cele. W przeciągu jednego roku pracowałam w szkole językowej, zdałam egzaminy teoretyczne, żeby przystąpić do podstawowego szkolenia szybowcowego, skończyłam roczną szkołę fotografii i wreszcie zdobyłam III klasę szybowcową. W dużym skrócie, wymieniłam jakieś 10 miesięcy harówki i nieprzespanych nocy na 2 miesiące nowych doświadczeń i względnego spokoju. Idiotka.

 

 

 

2. NIE WINIĄ OTOCZENIA ZA TO, JAK WYGLĄDA ICH ŻYCIE

„Cokolwiek się wydarzy, bierz za to odpowiedzialność.”
Tony Robbins

 

Perspektywa nr 1: rodzice mnie skrzywili, w Polsce panuje nepotyzm, trzeba mieć znajomości, rynek jest do bani, nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem, gdybym był młodszy/starszy/wyższy/niższy/atrakcyjniejszy/… 

 

Perspektywa nr 2: Jeżeli nie ma pracy w Twoim zawodzie, możesz się przebranżowić lub przeprowadzić. Czytasz to, więc masz dostęp do internetu – to daje możliwości darmowego marketingu, kontaktu z klientami, prowadzenia bloga, kanału youtube, pisania książek, założenia własnej działalności i samoedukacji na miarę licencjatu czy magistra (zaczynając od copywriting, przez bycie wirtualnym asystentem po grafika komputerowego). Możliwości pracy przez internet jest od groma. Wymaga to czasu i wysiłku, ale jest wykonalne. I, przede wszystkim, jest to tylko i wyłącznie nasz wybór czy się tego podejmiemy. Nie od nas zależy gdzie zaczynamy, od nas zależy gdzie kończymy. 

 

 

 

 

3. SĄ UKIERUNKOWANI NA ROZWÓJ I NIGDY NIE PRZESTAJĄ SIĘ UCZYĆ

Jeżeli nie jesteś skłonny się uczyć, nikt ci nie pomoże. Jeśli jesteś zdeterminowany, by się uczyć, nikt nie może cię powstrzymać.

Nigdy nie przestawaj uczyć się, ponieważ życie nie przestanie uczyć ciebie.

 

Krzywa podwajania wiedzy

 

Buckminister Fuller ( amerykański konstruktor, architekt i kartograf) stworzył „krzywą podwajania wiedzy”. Zauważył, że od roku 1900 wiedza dostępna człowiekowi uległa podwojeniu co 100 lat. Pod koniec II wojny światowej nie było to już 100 lat, a 25. Dziś musimy przyjąć nieco inne podejście, ponieważ rozwój nie jest tak linearny i w efekcie, np. w dziedzinie w nanotechnologii ilość posiadanych przez nas informacji ulega podwojeniu co 2 lata, a w medycynie klinicznej co 1,5 roku. Uśredniając, jesteśmy „dwa razy mądrzejsi” jako gatunek co 13 miesięcy.

 

Jeśli się nie rozwijasz, cofasz się.

 

 

 

 

4. PRZEDKŁADAJĄ TO, NA CZYM IM NAJBARDZIEJ ZALEŻY, PONAD TO, CZEGO CHCĄ W DANYM MOMENCIE 

 

Nie wymaga wyjaśnień 😉

 

 

 

5. MYŚLĄ I DZIAŁAJĄ NIESZABLONOWO, PRZECIERAJĄ SZLAKI 

 

Bardzo często w różnych dziedzinach i po zaliczeniu WIELU porażek i nierzadko szyderstw ze strony otoczenia. Podchodzimy do tego z odrobiną zdrowego rozsądku, ludzie 😛 Tylko dlatego, że do tej pory w Waszym środowisku nikt nie zaczął szyć pelerynek superbohaterów dla ratlerków nie oznacza, że Wasz start-up w tej branży okaże się przełomem 😛

 

Jeśli jednak widzimy zapotrzebowanie na coś w branży niszowej lub chcemy nauczyć się japońskiego mieszkając w małym miasteczku albo założyć sklep internetowy choć wszyscy znajomi pracują w korpo – pomysł może być wart rozważenia 😉

 

 

 

Czy muszę wyjechać za granicę, żeby nauczyć się angielskiego?

NIE BYŁAM, A UMIEM 😛

 

Uśmiecham się, gdy któryś z moich kursantów reaguje zaskoczeniem na wieść, że nauczyłam się płynnie mówić po angielsku nigdy przy tym nie opuszczając Polski 🙂 W pizzerii nikt kucharza nie pyta czy był we Włoszech ;p Istnieje w pewnych kręgach przekonanie, że jedyną skuteczną drogą do nauki języka jest wyjazd do kraju, w którym się go używa. Wspominałam już jednak, że istnieją pewne warunki zapamiętywania. Moja potrzeba nauki i użyteczność języka, zostały zaspokojone przez studia anglistyczne, a następnie wzmocnione przez książki, wywiady, piosenki, konwersacje i wiele, wiele innych źródeł. Nie mogę się nawet zgodzić ze stwierdzeniem, że gdy już ktoś wyjeżdża za granicę, to „nie ma bata”, będzie się go musiał w końcu nauczyć. Znam ludzi, którzy to tego stopnia unikali języka i ograniczali jego użycie, że nawet po kilku miesiącach czy nawet latach, wracali do kraju bez najmniejszego progresu w swojej edukacji językowej.

 

„NOWY POCZĄTEK” (SPOILER ALERT ;))

 

Wspominany film daje nam pewien gratis – ukrytą lekcję językową 😉 Jest to historia opowiedziana z perspektywy lingwistki i poliglotki o tym, jak na Ziemię przybyli obcych. Jako że jest jedną z najlepszych w świecie w swoich fachu, to jej przypada rola tłumacza między ludźmi, a kosmitami. Gdy pierwszy raz jest poproszona o przetłumaczenie sekwencji dźwięków reprezentujących ich mowę, nie jest w stanie zrozumieć ani słowa. Nie trzeba geniusza, żeby zrozumieć dlaczego, ale mimo to, jeden z wojskowych zadaje jej to pytanie. Nie przetłumaczysz czegoś, z czym wcześniej nie miałeś kontaktu. Nie masz bazy danych – niczego, do czego mógłbyś porównać te dźwięki. W efekcie wszystko zlewa się w całość – nic nieznaczący szum. Tym właśnie jest dla nas język, gdy wyjedziemy bez przygotowania za granicę nie znając go.

 

jak to ujął Chris Londsale, 
 
Tonący nie nauczy się pływać.
NA DOMIAR ZŁEGO

 

Jak byście się czuli, gdybym bez przygotowania kazała Wam porozmawiać po angielsku z grupą Brytyjczyków? Ciut zestresowani? 😉 Jak by to wpłynęło na Waszą zdolność do komunikacji? 😀 Jak już wspominałam, gdy się boimy, nasz mózg produkuje masę kortyzolu – hormonu stresu, który efektywnie utrudnia logiczne myślenie i sprawia, że chcemy brać nogi za pas 🙂 I wiem na własnym przykładzie, że próby wymuszenia na mnie nauki w chwilach stresujących może i by przyniosłyby pewne rezultaty, ale o wiele, wiele gorsze, aniżeli te, które mogłabym osiągnąć przy nauce bez poczucia zagrożenia, a w skupieniu.
WHO IS WHO?

 

Miałam w czasie studiów ogromną przyjemność uczyć się języka od bardzo sympatycznego małżeństwa, Brytyjczyka i Polki. Oboje znali angielski perfekcyjnie: piękna czysta brytyjska wymowa, płynność i naturalność wypowiedzi, imponujący zakres słownictwa… Jedyna różnica, która była zauważalna jedynie dla filologów, polegała na tym, że od czasu do czasu, bardzo sporadycznie, jednemu z nich zdarzały się drobne błędy gramatyczne. Pytanie za 100 punktów: któremu? 😉

 

Podpowiem 😉 To z jego ust padło kiedyś sformułowanie „Oczywiście, że będziemy uczyć się wyrażeń i związków frazeologicznych. Gramatyki, to wy moglibyście uczyć mnie”. 🙂 I choć mogłabym się od niego jeszcze wieeele nauczyć, większość Brytyjczyków i Amerykanów mówi niepoprawnie 😉 Widziałam błędy językowe native speakerów i tzw. spelling’i, od których włos się na głowie jeży. Oczywiście ktoś mógłby mi zarzucić, że skoro oni nie dbają o poprawność swojego języka, to czemu my mielibyśmy? Ok, zgoda, coś w tym jest. Muszę jednak zaznaczyć, że jeśli w ogóle nie będziemy dbać o poprawność językową, to pokolenie moich wnuków będzie biegać w kółko powtarzając „nooooo” i „ta weeeeź” :> Niby polszczyzna, wiadomość zostaje przekazana, a jakoś nie napawa mnie taka wizja optymizmem ;p

 

Lekcje:
– Nie musicie wyjechać z kraju, żeby nauczyć się języka,
– Tak długo, jak warunki zapamiętywania (w tym emocje, właściwe narzędzia, użyteczność i regularny kontakt z językiem) zostaną spełnione, jesteśmy w stanie nauczyć się języka obcego,
– Wyjazd do innego kraju bez przygotowania językowego, to kiepski pomysł – tonący nie nauczy się pływać 😉
– Stresujące sytuacje znacząco obniżają zdolność do zapamiętywania – uczcie się w środowisku, które jest „student-friendly” 😉
– Poprawność wypowiedzi ma znaczenie. Zarówno mnie, jak i Was, stać na coś więcej, niż byle jakie wypowiedzi. Nawet jeśli otoczenie nie oczekuje od nas niczego więcej 🙂

Co robić, gdy nie mam talentu do języków? #3

ŚMIECH NA SALI, A TAK W OGÓLE, TO Z CZYM DO LUDZI?

 

Niech nam to zejdzie z drogi. Prawdopodobnie częściej podświadomie, aniżeli świadomie, narzucamy sobie standard, według którego, jeżeli chcemy dobrze mówić po angielsku, powinniśmy brzmieć jak rodowici Brytyjczycy czy Amerykanie. Kto tak twierdzi?! Sama uczyłam ludzi, którzy byli daleko od czegoś, co powszechnie jest uważane za „płynność językową”, ale potrafili bardzo dobrze się komunikować i mimo pewnych braków w słownictwie czy znajomości gramatyki, szczerze komplementowałam ich angielski. Niepotrzebnie podnosimy sobie poprzeczkę do poziomu, który do niczego tak naprawdę nie jest nam potrzebny. Boimy się, że ktoś wyłapie nasze błędy, uzna nasz akcent za zabawny, itp., itd. A oto moment oświecenia – jeśli będziecie mówić jak „nejtiw spikerzy”, są spore szanse, że i tak ktoś się będzie z Was nabijał 😛 Sama ostatnio zaliczyłam takie doświadczenie :>

 

KTO BY POMYŚLAŁ: TAYLOR SWIFT MIAŁA RACJĘ

 

Idąc na studiach pracowałam nad tym, aby mieć akcent brytyjski, a właściwie to RP, czyli Received Pronunciation (Zwany też BBC English :D), akcent standardowego języka angielskiego używanego w Anglii. I formalnie tego akcentu powinnam uczyć, choć często trzeba dryfować w stronę amerykańskiego, ponieważ brytyjski jest zbyt trudno do zrozumienia i to nie tylko na początku nauki. Z czasem zauważyłam, że sama zaczęłam mówić używając tego ostatniego i nie za bardzo mi się to podobało. Postanowiłam więc się pilnować i świadomie prowadzić zajęcia na wyższych poziomach używając brytyjskiego. I nigdy nie sądziłam, że dorosły mężczyzna w granicach 40-stki będzie miał tyyyyyyle frajdy przedrzeźniając mnie powtarzając w kółko słowo „jogeeeet” (–> jogurt). Bez względu na to czy powiecie coś używając polskiego, amerykańskiego, brytyjskiego czy cholera jedna wie, jakiego innego akcentu – jak ktoś zechce znaleźć powód, do głupich komentarzy, to i tak go znajdzie 😛

 

Cause the players gonna play, play, play, play, play
And the haters gonna hate, hate, hate, hate, hate
Taylor Swift, Shake It Off
TERMINATOR I SEKSOWNY KOT W BUTACH 

 

Kojarzycie ten charakterystyczny twardy akcent Arnolda Schwarzeneggera? Niby minęły dekady odkąd facet się wybił (co nastąpiło prawdopodobnie gdzieś między Conanem Barbarzyńcą, 1982, a Terminatorem, 1984) i wydawałoby się, że po tak długim czasie powinien być w stanie nauczyć się mówić jak Amerykanie, yes? Tak się składa, że potrafi 🙂 Słuchając ostatnio jego rozmowy z Tim’em Ferriss’em dowiedziałam się, że kiedyś chodził nawet na zajęcia poświęcone eliminacji akcentu. Okazuje się jednak, że, wbrew pozorom, nie jest to faktyczny cel tych lekcji. Nie chodzi o pozbycie się akcentu samego w sobie, a wszelkich elementów mu towarzyszących, które utrudniają komunikację. Podobnie sprawa miała się z Arianną Huffington, założycielką Huffington Post. I czy ktoś z Was wyobraża sobie Antonio Banderasa, niezapomnianego Kota w Butach ze Shreka, bez jego „RRRRRRRR”? 😉

 

Nie musicie mówić jak nativi, bo zdecydowanej większości nas nie jest to do niczego potrzebne. Ja rzekomo mówię, a i tak dostaję z tego tytułu po du**ie ;p Tak długo, jak środowisko Was rozumie, gdy używacie angielskiego, JEST NAPRAWDĘ OK!!! 🙂 Jestem zdania, że powinniśmy słuchać wypowiedzi w różnych akcentach, ponieważ nigdy nie wiemy z kim będzie nam dane rozmawiać. Jednak jeśli chodzi o Wasze wypowiedzi rodem z UK z USA czy skądkolwiek indziej – poluzujcie gumkę w majtkach, nie musi być taka idealna 😉

 

Wymówka, żeby się nie uczyć angielskiego, bo i tak nigdy nie będę mówić jak native speaker.

Co robić, gdy nie mam talentu do języków #1

DAWNO, DAWNO TEMU…

 
Siedziałam na podłodze wynajmowanego pokoju i myślałam o tym, jakim jestem beztalenciem. Wspominałam z rozżaleniem poprzedni rok, w trakcie którego przygotowałam się do matury i stwierdziłam, że wyczerpałam już swoje możliwości intelektualne. Nie mogłam się już więcej uczyć, fizycznie było to po prostu niewykonalne. Jak w takim razie miałam wygramolić się z tego dołka pierwszego roku studiów anglistycznych, na początku którego ledwo (jeśli w ogóle) zdawałam kolokwia?

Natura obdarzyła mnie jednak dwiema cechami, które równie często wyciągały mnie z tarapatów, co w nie wpakowywała: tendencję do pyskowania i upór w dążeniu do celu.

O ile z pierwszego w okresie studiów nie korzystałam, o tyle drugie podpowiedziało, że skoro efekty mnie nie zadawalają, należy zmienić technikę. Dziś wiem, że nie mogłam osiągać lepszych wyników, ponieważ metody, które stosowałam były felerne.

Jak to ujął jeden z moich ulubionych autorów, Tim Ferriss: nie ważne jak dobrym jesteś kucharzem, jeśli przepis jest do bani.
 

Jest to fragment tekstu, który napisałam na stronę sprzedażową swojej książki. Z okresu przed studiami nie pamiętam nic poza nauką i zarwany nocami. Przed oczami mam żywy obraz siebie stojącej na chodniku obok domu z saszetką płatków śniadaniowych w jednej ręce (nie było czasu na nic konkretniejszego) i książką w drugiej (każda minuta była wtedy spożytkowana na naukę). Czekałam na tatę, który miał mnie podwieźć na koleje korepetycje. Wtedy prawie codziennie miałam jakieś dodatkowe lekcje, żeby zdać maturę.

 
Anglistyka nie była oczywistym wyborem. Tak naprawdę była „jedynym możliwym” i nie dlatego, że byłam taka zaj***sta, ale dlatego, że byłam bardzo przeciętna z pozostałych przedmiotów. Historyczka mnie nie trawiła, matmę lubiłam, ale było mi BARDZO daleko do umysłu typowo ścisłego, polski szedł mi słabo (ironiczne, biorąc pod uwagę, że napisałam książkę, a teraz czytacie dobrowolnie naskrobany artykuł). Z angielskim byłam odrobinę powyżej przeciętnej z ocenami (co zawdzięczałam wyłącznie regularnym prywatnym lekcjom zaaranżowanym przez moją mamę). I to by było na tyle, jeśli chodzi o mój talent językowy. Choć oczami duszy swojej widzę wiele osób, które się krzywią i patrzą na monitor nie wierząc w ani jedno moje słowo. A jednak.
 
TESTY PREDYSPOZYCJI
 
Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka napisana przez panią Lidię Głowacką-Michejda, „Cała prawda o nauce języka angielskiego”. Z ciekawości postanowiłam rozwiązać zawarty w niej test zatytułowany „Sprawdź, czy masz zdolności językowe”. Osobiście nie przepadam za tego typu testami, bo większość rozwiązujących wyjdzie z założenia, że jak poszło im dobrze, to są genialni, a jak słabo, to są debilami i w efekcie nie ma w ogóle sensu próbować. Ale niech będzie 🙂
 
I wyszło mi, że…. <werble, napięcie rośnie>  moje „zdolności językowe są umiarkowane, czyli takie, jak większości z nas” 😀 i „jeśli chcę osiągnąć lepsze wyniki, muszę się przyłożyć do nauki”, a „systematyczna praca jest środkiem do tego, aby opanować język”. 😀 Należy wspomnieć, że stopień wyżej są osoby „posiadające zdolności do nauki języków obcych”, a stopień niżej ci, którzy „prawdopodobnie w ogóle nie lubią się uczyć”. To by było na tyle, jeśli chodzi o mój naturalny talent językowy, thank you very much 😉
 
TALENT (I BEZTALENCIE)
 
Pani Lidia napisała też, że
Zdolności do przyswajania języka obcego, a także wszelkie inne, nie są przez człowieka dziedziczone i nie są wrodzone, lecz formują się i rozwijają w ciągu życia pod wpływem działalności praktycznej oraz odpowiedniego oddziaływania pedagogicznego.
W pierwszej chwili byłam gotowa się nie zgodzić z autorką, jednak gdy przeczytałam fragment drugi raz stwierdziłam, że to ja nie skupiłam się dostatecznie na przekazie. Mowa o ZDOLNOŚCI do przyswajania języka, nie o tym, z jak dużą łatwością ta nauka nam przychodzi. Bo, choć nie lubię słowa talent, to możemy się chyba zgodzić, że istnieje coś takiego jak „predyspozycje”. Osoby wysokie zwykle szybciej biegają, a te drobne są bardziej gibkie. Są uczniowie, którzy preferują naukę historii i przedmioty humanistyczne, i są umysły, które nie lubią „lać wody”, interesują ich konkretne fakty i przedmioty ścisłe. I czemu, u diabła, mężczyźni stanowili zaledwie 10-20% mojego roku na filologii angielskiej? Tu warto podkreślić, że Pani Lidia wspomina, iż „(…) z reguły chłopcy zaczynają mówić później niż dziewczynki, gdyż kobiety mają lepiej rozwinięte ośrodki mowy w korze mózgowej.”  Predyspozycje, Drodzy Państwo, predyspozycje.
 
Ale, ale 😉 Nie wiem jak Wy, ale ja kocham wyszukiwać perełki – ludzi, którzy „nie powinni” być w czymś dobrzy, a mimo to rozwalają system 😉 Dobrze jest uczyć się od takich jednostek, ponieważ najprawdopodobniej przyswoili techniki, które pozwalają im obejść system. Jeśli więc jesteś naturalnie uzdolniony – brawo ty ;p Jeśli jednak jesteś jednym z nas, szaraczków, którzy mają czasem nieco pod górkę – uszy do góry, cyc wypnij do przodu, jak i ja wypinam i jazda 😉 To, że przy kołysce dobra wróżka nie posypała Cię magicznym pyłkiem talentu językowego wcale nie oznacza, że nie możesz go przyswoić i to efektywnie. Potrzebne Ci tylko będą inne narzędzia (i podejście), ale o tym w drugiej części 😉

Jak wyrobić nowy nawyk

TUTAJ ŚWIAT SIĘ ZATRZYMUJE
Była to jedna z rzadkich okazji, gdy spacerowałyśmy z moją przyjaciółką po rynku naszej małej rodzinnej miejscowości. Nadrabiałyśmy zaległości i, jak zawsze, ja gadałam jak najęta, a ona zapewniała mnie, że lubi słuchać i moja paplanina wcale jej nie przeszkadza 🙂 Sama skończyłam studia dłuższą chwilę temu, jednak pewne nawyki z tego okresu pozostały. Jak to mówią „old habits die hard”. Albo po prostu „nawyk drugą naturą człowieka”. ;p Obie uwielbiamy uczyć się nowych rzeczy i spędzać czas aktywnie, jednak po przyjeździe do rodziców wszystko się zmienia. Cała silna wola i długo wypracowywane rutyny nagle znikają. Oczywiście już dawno zauważyłam spadki w produktywności, jednak pomimo „postanowienia poprawy” i ogromnej liczby prób nauki czy pracy u rodziców, 99% z nich paliła na panewce. I nie dziwota. Nawyki mają swoje „wyzwalacze” (ang. triggers) – elementy, które wywołują konkretną reakcję. Najpowszechniejsze z nich to konkretny czas, czynność lub… miejsce. Jak to mądrze ujęła moja przyjaciółka „tutaj czas się zatrzymuje”. Oczywiście, że się zatrzymuje. W końcu reagowałam konkretnymi nawykami na dane miejsce.

 

KAŻDY MOŻE SIĘ CZEGOŚ NAUCZYĆ OD MARKETINGOWCÓW, CZYLI MAŁE WIELKIE ZMIANY
Całe życie kochałam przemeblowania. Potrafiłam spędzić pół wieczoru dopasowując do siebie elementy zmieniając przy tym wystrój swojego pokoju. Z wiekiem ograniczyłam częstotliwość praktykowania tego dziwnego hobby, jednak słabość do niego pozostała. Uwielbiałam to poczucie świeżego startu i nowych możliwości. Z jakiejś niewyjaśnionej przyczyny sądziłam, że w po takiej zmianie będę bardziej produktywna i z większą łatwością będę wcielać w życie wcześniejsze plany. Kto by pomyślał, że to wcale nie infantylne fantazje.
 
„Andreasen chciał wiedzieć, dlaczego ludzie odeszli od swoich wcześniejszych nawyków. A to, co odkrył, stało się filarem współczesnej teorii marketingu: nawyki zakupowe ludzi są bardziej podatne na zmianę, kiedy ludzie przechodzą ważne zmiany w życiu. Na przykład kiedy zawierają związek małżeński, są bardziej skłonni do zmiany rodzaju kupowanej kawy. Kiedy wprowadzają się do nowego domu, są bardziej podatni na zakup nieznanych wcześniej płatków śniadaniowych. Gdy się rozwodzą, są spore szanse, że zmienią markę kupowanego piwa. Konsumenci przeżywający jakąś ważną zmianę w swoim życiu często nie zauważają albo o to nie dbają, że ich zwyczaje związane z zakupami ulegają transformacji.” 
 
Siła Nawyku, Charles Duhigg

 

Z DESZCZU POD RYNNĘ

Jak paść ofiarą własnych eksperymentów? Bardzo prosto. Ania potrafi. Po jednym z wyżej wspomnianych przemeblowań, po którym mój pokój zaczął przypominać bardziej salon-sypialnię, aniżeli biuro, moja produktywność gwałtownie spadła. Zaczęłam odwlekać zadania w czasie, nie mogłam się skoncentrować, więcej uwagi poświęcałam nieefektywnym i nieistotnym zadaniom i zdecydowanie częściej wpadałam w czeluście internetu. Wiecie, sytuacje, w których zaczynacie od wywiadu z Oprah Winfrey, a kończycie na 10 najśmieszniejszych scenach z Harry’ego Pottera. Pointa? Naiwnie próbowałam pracować w środowisku, które mój mózg kojarzył z odpoczynkiem i relaksem. Nawet coś tak bzdurnego jak perspektywa (np. to, czy siedziałam na kanapie twarzą do biurka czy też do drzwi) potrafiło diametralnie zmienić moje podejście i wywołać zupełnie inną reakcję i inny nawyk. 

 

LEKCJA: drobna zmiana w środowisku czy czasie wykonywania jakiejś czynności może w znacznym stopniu ułatwić wypracowanie nowego nawyku. Trzeba jednak uważać co konkretnie ulega zmianie i czemu ta zmiana ma służyć. Jeśli na przykład chcecie zadbać o to, aby jak najszybciej wchodzić w stan skupienia w ciągu dnia, a relaksu wieczorem, dokonajcie pewnych zmian w otoczeniu i TRZYMAJCIE SIĘ ICH. Nauka w otoczeniu przeznaczonym do odpoczynku (np. łóżko)  czy relaks przy biurku, gdzie zwykle pracujemy, mogą doprowadzić do skołowania i w efekcie ani nie odpoczniecie, ani nie popracujecie. Nie musicie więc zmieniać mieszkania, wystarczy, że przesuniecie łóżko i biurko. A jeśli zmiana harmonogramu pracy jest niewykonalna, nowy budzik postawiony po drugiej stronie pokoju może ułatwić wcześniejsze pobudki. Kluczem jest jednak obserwowanie swoich reakcji i konsekwencja. Raz przetartym szlakiem później będzie o wiele łatwiej pójść po raz drugi, nie rób więc odstęp od nowego nawyku.