Jak się uczyć 3-5 razy więcej słówek

Nie wiesz czego nie wiesz

 

17 lat temu.

– Na dzisiejszych zajęciach będziemy ćwiczyć słowotwórstwo! Rozdam Wam materiały, a Waszym zadaniem będzie wstawić, na podstawie kontekstu, odpowiednią część mowy, np. czasownik, rzeczownik, przymiotnik czy przysłówek. Są tu też antonimy, czyli przeciwieństwa, utworzone przez prefiksy. Na końcu lekcji sprawdzimy jak Wam poszło.

10 minut później. Konsternacja.
– Proszę Pani! Ale skąd my mamy wiedzieć jak tworzyć np. rzeczownik od czasownika, nawet jeżeli wiemy, że w danej luce ma być rzeczownik? Jakie są do tego zasady?

– Nie ma.
– Aha…

 

Czym jest słowotwórstwo

 

Skok, skakać, skoczny, skocznie… Kreatywność, kreatywny, kreatywnie… Komfort, komfortowy, niekomfortowy, komfortowo, niekomfortowo…

To jest właśnie słowotwórstwo i w języku polskim widać bardzo podobne tendencje, co w angielskim. Mogę zagłębiać się w lingwistykę i zacząć tłumaczyć czym jest „root”, „stem”, czym są prefiksy i sufiksy, ale pointa jest taka:

bazując na głównym słowie/członie, jesteśmy w stanie przyswoić słowa pochodne przez modyfikowanie tego głównego.

 

 

 

Nie zbudujesz chatki nie mając drewna

 

Kto by pomyślał, że mając takie pierwsze nieprzyjemne doświadczenie ze słowotwórstwem, dziś będę do niego zachęcać swoich kursantów i czytelników.

Owszem, nie ma zasad. ALE są tendencje. 🙂 W jednym z moich kursów internetowych (tym dla maturzystów) na samym wstępie uprzedziłam widzów, że zadań z słowotwórstwa nie da się rozwiązać przy pomocy logiki. Gdy siadamy do zadania jest już za późno. Na wymyślenie poprawnej formy czasownika, rzeczownika czy przymiotnika bazując na innych częściach mowy, nie znając jej wcześniej, mamy bardzo małe szanse.

Mimo to, uważam słowotwórstwo za jeden z najlepszych sposobów przyswajania nowego słownictwa. Często mawiam, z jest to nieproporcjonalnie niewielka inwestycja energii do liczby słów, jakie jesteśmy w stanie opanować w krótkim czasie.

 

Jak więc nauczyć się wspomnianych słów pochodnych?

Ja najczęściej korzystam z 2 sposobów.

Pierwszy to manualne uzupełnienie tabeli i posiłkowanie się językiem polskim.
1. Więc tworzę tabelę z miejscami na rzeczownik, czasownik, przymiotnik, przysłówek i antonimy lub inne części mowy z prefiksami. To taki standard na początek. Ambitni mogą zostawić więcej miejsc, bo np. prefiksów do danego słowa może być więcej (np. MISuse i OVERuse).
2. Wypisuję polską wersję danego słowa, np. komfort, komfortowy, niekomfortowy, itp.
3. Sprawdzam tłumaczenie i wpisuję do tabeli.

Wygląda to tak.

 

Alternatywa oszczędzająca czas to strona/słownik BAB.LA

Ponieważ jako jeden z nielicznych nie podpowiada nam jednego tłumaczenia, ale od razu cały szereg słów i to już podczas wpisywania pierwszych liter.

 

Można też wymienione sposoby oczywiście połączyć. 🙂

 

I od razu odpowiem na zarzut, który od czasu do czasu zdarza mi się słyszeć – „ale przygotowanie takiej tabeli zajmuje tyyyyyle czasu!”

I moja odpowiedź: „wolisz uczyć się po jednym słówku i za każdym razem otwierać stronę ze słownikiem i indywidualnie każde tłumaczyć czy za jednym zamachem wpisać 5 i mieć z głowy?” 🙂

 

 

A jak ktoś ma chęć i ochotę przyłączyć się do marcowego wyzwania „30 dni z angielskim” (na chwilę obecną weźmie w nim udział 686 osób! :O <3, grafika bardzo szybko zrobiłą się nieaktualna 😀 ),

TUTAJ jest link do zapisów. 🙂

 

 

CIUM, BUM! 🙂 I udanego tygodnia! 🙂
Ania

Nauka czasów w angielskim dla wzrokowców – KURS

KOCHANI!

 

Nauka czasów w języku angielskim dla wzrokowców doczekała się nowej odsłony! 🙂

Nowy rok, nowy kurs! 😀

A w nim:

– 12 czasów przedstawionych w postaci map myśli (dużo kolorów i jeszcze więcej obrazków ;)),

– system umożliwiający szybki i sprawny wybór czasów w wypowiedziach (żebyście już zawsze wiedzieli kiedy którego użyć ;)),

– szkolenie video oraz ściągawki w formacie pdf kompleksowo opisujące struktury (a w nich masa przykładów),

– ćwiczenia (+ klucz), dzięki którym nabierzecie wprawy. 😉

Jeśli chcecie dostać 10% zniżki na kurs, możecie się zapisać na listę TUTAJ. 😉

Klucz do regularnej nauki angielskiego (i nie porzucania jej)

FORMOWANIE NAWYKÓW

Proces formowania niemal każdego nawyku jest identyczny.

Po jakiejś WSKAZÓWCE (którą może być prawie wszystko, np. pora dnia, osoba czy stan emocjonalny), następuje RUTYNA (np. nawyk), w celu uzyskania NAGRODY (np. również stanu emocjonalnego).

I w ten oto prosty sposób osoba zestresowana (nerwy = wskazówka) sięga po papierosa, zapala go (rutyna), ażeby się uspokoić (nagroda).

Jak więc uformować nowy nawyk? Nagrodzić proces. Wszak do tego dążymy – do poczucia wewnętrznego spokoju po papierosie, do euforii dzięki cukrowi we krwi po ciastku, do chwilowej satysfakcji i uczucia atrakcyjności po zakupie nowej torebki… Tylko, że… nie wszystkie nawyki są długoterminowe. Czym się różnią te niewypały od wieloletnich rutyn?

 

 

CZEGO NIKT CI NIE POWIEDZIAŁ O NAGRODACH

Czego nikt nam powiedział, to fakt, że aby nawyk został uformowany TRWALE, proces musi zostać wynagrodzony OD RAZU.

My, ludzie, mamy się za niesamowicie inteligentne stworzenia, a tak naprawdę nasze umysły potrafią być bardzo głupie. Nie sięgamy po to, co da nam długoterminową satysfakcję. Kierowani hedonizmem, sięgamy po to, co jest szybkie, łatwe i daje przyjemność i to daje ją JUŻ.

Zachowania, które są od razu karane, sprawiają, że ich UNIKAMY. Zachowania, które są z marszu wynagradzane, są POWIELANE.

Uważaj jednak co wybierzesz jako swoją nagrodę.

WSKAZÓWKA: Nagradzaj się po każdym, nawet najmniejszym, kroku przybliżającym Cię do opanowania języka. Nauczyłaś się 5 nowych słówek? Zjedz garść orzechów. Przesłuchałaś 3-minotyw podcast? Idź na krótki spacer. Zrobiłaś jedno zadanie w ćwiczeniach? Posłuchaj ulubionej piosenki. Nie czekaj z nagrodą do końca lekcji. To stanowczo za późno. Small wins, Honey 🙂 Small wins 🙂 Małe zwycięstwa 🙂

 

 

CEL NIE JEST WART FUNTA KŁAKÓW

Ironicznie, małymi kroczkami zbliżamy się do końca roku 2018 i początku 2019. Robisz postanowienia noworoczne? Ja zawsze tworzę taką listę. Przeczytałam więcej książek na temat ustalanie i realizowania celów, aniżeli jestem w stanie zliczyć.

A teraz słyszę, że to wszystko G*** warte. 😀

Ponieważ to nie cele budują nasze osiągnięcia. Wszak wszyscy kandydaci na dane stanowisko chcą dostać pracę. Wszyscy mają jednakowy cel. Wszyscy uczestnicy turnieju karate chcą zdobyć złoty medal, ale tylko jeden z nich ten cel osiąga. Skoro więc nie cele stanowią o wygranej, to klucza trzeba szukać gdzie indziej.

A konkretnie to w SYSTEMACH.

Bo to praktyka… to rutyna… to SYSTEMY różnią kandydatów. To NIENARUSZALNE standardy zwiększają szansę wygranej. To te nietykalne granice, respektowane dzień po dniu, trening po treningu, lekcja po lekcji, budują ekspertyzę i poziom mistrzostwa.

Nie cele. Systemy.

WSKAZÓWKA: zastanów się jaki system byłby dopasowany do TWOICH potrzeb? Kurs językowy? Indywidualne lekcje z lektorem? Zakład z koleżanką o pieniądze? Zabukowanie biletów lotniczych do Londynu? Pamiętaj: to, co działa na mnie, nie musi zadziałaś na Ciebie i vice versa. Co zbuduje sztywne ramy, które TY będziesz respektować, a które zmuszą Cię do podniesienia sobie poprzeczki i osiągnięcia rezultatów?

 

 

EBOOK – WORKBOOK
PREMIERA 10.06.19 R.

ZAPISY

 

 

 

NIE CZAS STANOWI O NAWYKU

Do wyboru, do koloru. Jedni mówią, że wyrobienie nawyku wymaga 21 dni, inni, że 40, a ostatnio najpopularniejsza jest liczba 60.

A to… jedna… wielka… bzdura.

Bo im bardziej pochylamy się nad zagadnieniem wyrabiania nawyków, tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu: to NIE czas sprawia, że jest nam lżej wykonywać daną czynność. TO LICZBA POWTÓRZEŃ umacnia nawyk i przekształca go w zachowanie bardziej zautomatyzowane.

Możemy więc coś wykonywać raz na tydzień (np. gotować obiadu zaraz po powrocie z porannej mszy) i ten nawyk będzie bardziej zakorzeniony w naszym mózgu dzięki brakowi przerw, aniżeli inny, wykonywany 3 razy w tygodniu z intencją codzienności, ale z pominięciem powtórzeń.

To nie czas, TO REPETY.

WSKAZÓWKA: Zainstaluj w telefonie aplikację, w której będziesz mogła odhaczać wykonane powtórzenia, np. HabitBull. Możesz w niej ustalić jak często chcesz wykonywać daną czynność i to właśnie według samodzielnie wybranego standardu będziesz oceniana 🙂 Chcesz każdego dnia? Będzie każdego dnia. Chcesz co niedzielę? Będzie co niedzielę 😉

 

WRONY I TE SPRAWY

Wiesz co to asymilacja? Według Wikipedii to: „proces określający całokształt zmian społecznych i psychicznych, jakim ulegają jednostki, odłączając się od swojej grupy i przystosowując się do życia w innej grupie o odmiennej kulturze”.

Innymi słowy, gdy zmieniamy grupę, dostosowujemy się do niej. Proste: z kim przystajesz, takim się stajesz. Pisałam już o tym: statystycznie, jesteśmy średnią 5 osób, z którymi spędzamy najwięcej czasu.

W przełożeniu na nawyki: wybieraj grupy, w których zachowanie pożądane jest NORMĄ.

Są domy, gdzie zdrowe jedzenie to standard Są też takie, gdzie każdy obiad ocieka tłuszczem.

Są pary, które spędzają czas wędrując po górach. A są też takie, które każdego wieczoru zajadają się pizzą przed telewizorem.

Są firmy, gdzie każdy pracownik po 8 godzinach (i ani minuty dłużej) ucieka do domu. A są też i takie, gdzie „nabicie” mniej, niż 10 h, oznacza wstyd i zaniedbanie pracy.

W ogólnym rozrachunku, nie musimy podnosić sobie poprzeczki. To środowisko nam ją podniesie, jeśli tylko dołączymy do odpowiedniej grupy.

WSKAZÓWKA: wystrzegaj się zbyt wysokiego poziomu. Jest to nieco sprzeczne z intuicją, jednak ogromna różnica między poziomem naszych umiejętności, a poziomem wiedzy rówieśników, może być bardzo demotywująca. Koledzy z grupy mają nas „ciągnąć do góry” pokazując drogę, nie dawać poczucie, że jesteśmy „marnością nad marnościami”. 😉 Wybrany przez nas poziom powinien być „trudny, lecz osiągalny”. 😉

 

 

Dla tych z Was, moje Drogie Panie <3, które chciałyby poczytać więcej o procesie formowana nawyków, odsyłam do „Atomic Habits” James’a Clear’a. 😉 Sama, niestety, taka mądra nie jestem i to w oparciu o jego ekspertyzę napisałam powyższy artykuł. 😉

KSIĄŻKA – Przełam barierę językową.

Kochani 🙂
Dziś premiera mojej drugiej książki! <EXCITED!>

Klikając na okładkę lub tytuł poniżej, zostaniecie przekierowani na stronę wydawnictwa. 😉

 

Break the Barrier
Przełam barierę językową

 

Niżej znajdziecie dedykację oraz jej fragment. 🙂

ENJOY!

 

 

 

Książkę dedykuję tej zahukanej i zakompleksionej Ani sprzed dziesięciu lat. Kto by pomyślał, że upór i przekora wyjdą Ci
na dobre 🙂 ?

 

Przesyłam też masę pozytywnej energii wszystkim innym nieśmiałym „Aniom” (uczniom i kursantom): starszym i młodszym,
z małych wiosek i dużych miast, tych na początku swojej drogi do płynności czy na jej końcu — żebyście to Wy, a nie Wasze
lęki, dyktowali warunki Waszego rozwoju.

Chciałabym również podziękować moim nauczycielom angielskiego, w szczególności Pani Basi Bednarczyk, śp. Jerzemu
Mozolowi oraz Pani Anecie Materniak. Mieliście większy wkład w moją edukację, niż sądzicie.

 

 

 

CICHO SZA! MOŻE SIĘ UPIECZE!

 

Jaka jest największa wada naszego systemu edukacyjnego? Jest nieefektywny, wiadomo. Ale jakie są konkretne przyczyny braku rezultatów, które by nas satysfakcjonowały? Przede wszystkim fakt, że zamiast uczyć się świadomie i z nastawieniem wykorzystania zdobytej wiedzy, stosujemy zasadę 3 x Z, tzn. zakuć, zdać i zapomnieć. Nie trzeba nikomu mówić, że nie ma w tym za grosz logiki. W końcu marnowanie naszych beztroskich lat życia na powtarzanie faktów, które przydadzą się jedynie do wpisania cyferki do kolumny w dzienniku, nie napawa optymizmem.

 

Całokształt jest tym bardziej bolesny, że nasza ścieżka edukacyjna została zaprojektowana na wzór szkieletu ryby: materiał realizowany w różnych szkołach jest (lub powinien być) bardzo zbliżony, z tą jednak różnicą, że w kolejnych klasach jest przerabiany nieco dokładniej. Innymi słowy: uczymy się w kółko tego samego, nierzadko rok w rok, czytamy dziesiątki, jeśli nie setki podręczników, nie pamiętamy z tego nic, po czym kierujemy swoje kroki w stronę wyższej edukacji lub pracy.

 

I po co, pytam? Ale nie o tym chciałam. Do brzegu więc, do brzegu.

 

Moja puenta jest następująca: jeżeli przez lata ucieramy schemat, w którym zakuwamy i zapominamy, i to W PEŁNI ŚWIADOMIE I INTENCJONALNIE, to w jaki sposób mamy się nauczyć języka, który wymaga zdobywania wiedzy tak, aby zagościła ona w mózgu na stałe? Jak mamy poszerzać swoje horyzonty, skoro tak bardzo nawykliśmy do toku rozumowania, w którym „może się upiecze” jest czymś naturalnym? I dlaczego, do cholery, nikt nam nie powiedział na starcie, że MAMY PRAWO NIE WIEDZIEĆ I PYTAĆ? Życie byłoby o wiele prostsze, gdyby dać sobie pozwolenie na braki. Bo w końcu jak inaczej możemy załatać dziury w wiedzy, jeśli nie wiemy, jak to zrobić ani gdzie się one znajdują?

 

W praktyce oznacza to, że w większości przypadków sami nie damy sobie z tym rady, ponieważ nie możemy użyć narzędzi, których nie posiadamy. Nie możemy ich też pożyczyć, bo przecież nie chcemy, żeby o tych dziurach ktokolwiek się dowiedział. Z czym nas to zostawia?

Dlaczego dzieci uczą się języków obcych szybciej

JEDNO WIELKIE KŁAMSTWO

Tak po prawdzie, po przekalkulowaniu liczby godzin spędzonych na przyswajaniu języka, to właściwie moglibyście stwierdzić, że… wcale nie uczą się szybciej.

ZONK.

No, może trochę. Nim wymienię, co działa na ich korzyść, wyjaśnię może co miałam na myśli kwestionując tą powszechną opinię.

Szacuje się, że aby osiągnąć poziom C2 w angielskim, czyli płynność w posługiwaniu się językiem angielskim, trzeba mu poświęcić około 1200 h. Jak to wygląda w przypadku typowego 6-latka?

6 lat życia x 365 dni w roku x 14 h gdy nie śpi (co można by zwiększyć, bo gdy śpimy mózg przecież nadal pracuje, ale OK), daje nam 30 660 h.

Nasze marne 1200 h przeciwko ich 30 000 z hakiem.

Nadaje świeżej perspektywy, prawda?

Nie kwestionuję jednak kilku faktów, które działają na korzyść dzieciaków i które pomagają przyswoić im dowolny język obcy szybciej, a moglibyśmy do nich zaliczyć między innymi to, że…

 

 

 

NIE KWESTIONUJĄ SWOJEJ INTELIGENCJI I ZDOLNOŚCI DO

NAUKI

Nigdy nie spotykamy dzieci, które twierdzą, że nie mają talentu do języków. Nie zastanawiają się czy są w stanie przyswoić wyjątkowo trudne słówko – po prostu od razu przechodzą do procesu nauki. Z zasady, nikt im nigdy nie mówi, że są humanistami czy umysłami ścisłymi, po prostu dostają „czyste konto” i nawet nie moment nie przystają, żeby się zastanowić czy efekt końcowy będzie ich zadowalał. Ot, skupiają się na zadaniu.

 

 

 

NIE CIERPIĄ Z POWODU BARIERY JĘZYKOWEJ

Choć ta część będzie zależała też od naszej definicji bariery językowej. Jeżeli przyjmiemy, że jest nią nieśmiałość, to możemy zostać zmuszeni do zmiany perspektywy.

Moja skromna osoba stukająca teraz w klawisze klawiatury, gdy pierwszy raz weszła do przedszkola, stanęła jak wryta i odmówiła ruszenia się z miejsca, „bo nikogo przecież tam nie znała”.

Nieśmiałość też jest formą bariery językowej, jednak szanse na to, że spotkamy otwarte i ciekawe świata dziecko, są o wiele większe, aniżeli spotkanie osoby dorosłej z takim właśnie podejściem. Dlatego tak ważne jest, żeby zachęcać dziecko do podejmowania kolejnych prób działania, pomimo ewentualnych nieudanych prób. Im bardziej przeżywamy „porażki” i „upokorzenia”, tym trudniej nam się później otworzyć i spróbować po raz kolejny.

 

 

 

UCZĄ SIĘ JĘZYKA, NIE O JĘZYKU

I, żeby było jasne, ja również uczę swoich kursantów zasad gramatyki i tego, jak mówić poprawnie. Uważam jednak, że

1) przedstawienie tych zasad powinno być zrozumiałe dla umysłu, w preferowany przez niego sposób tak, aby nie bolało,

2) gramatyka bez przełożenia na komunikację jest tylko zaśmiecaniem sobie umysłu – język ma służyć do przekazywania informacji, a gramatyka jest tylko jednym ze środków do celu (np. wyrażenie przeszłości, przyszłości, itp.). Sama w sobie nie będzie służyła do niczego, a nawet stanie się kulą u nogi, jeżeli martwienie się o poprawność zacznie nas powstrzymywać przed otwieraniem ust i rozmową z drugim człowiekiem.

Jak więc się uczyć języka? Praktycznie. Pamiętając, że to nieco bardziej złożone narzędzie do komunikacji. Taki klucz, który otwiera nam różne skrytki. „Tajemny kod”, dzięki którymi możemy rozmawiać z ludźmi, z którymi w przeciwnym razie konwersacje byłyby niemożliwa. 😉

 

 

NIE DOŚWIADCZAJĄ PRZEŁADOWANIA INFORMACYJNEGO

Życie w dobie informacyjnej, a nie industrialnej, choć dające ogrom możliwości, ma swoją cenę. Podobno w 2015 roku ilość danych, które dostawały się do ludzkiego umysłu, była pięciokrotnie większa, niż ta, z roku 1986. Nasz mózg nie nadąża za postępem. Projektujemy komputery, które rzekomo mają przetwarzać za nas dane, wiemy jednak, że to za mało.

Tzw. „brain fog” (brain – mózg, fog – mgła) stała się czymś tak powszechnym, że prawie niezauważalnym. Jest to rodzaj kognitywnej dysfunkcji, a wiąże się z problemami z pamięcią i koncentracją oraz brakiem klarowności umysłu. Nasze umysły są już tak przeładowane, że nie są w stanie więcej wchłonąć. Małe dzieci na szczęście (i na razie) nie mają tego problemu.

 

 

Jak się REGULARNIE uczyć UŻYTECZNYCH słówek

MÓJ NOWY „FAVOURITE”

 

Zakochałam się w tej technice. Natknęłam się na nią jakiś czas temu w sieci i z marszu postanowiłam wdrożyć do swojego eksperymentu dotyczącego nauki hiszpańskiego. Niestety, nie jestem jej autorką 😉 Jednakże, przy pewnej dozie samozaparcia i regularności, potrafi pięknie wzbogacić zakres słownictwa służącego do codziennej komunikacji and it’s not nice NOT to share, więc przekazuję dalej. 😉

Do największych plusów możemy zaliczyć:

+ UŻYTECZNOŚĆ SŁOWNICTWA

+ SPORE SZANSE NA UTRZYMANIE REGULARNOŚCI W UCZENIU SIĘ

+ ELIMINOWANIE WEWNĘTRZNEGO LEKTORA (CZYLI TŁUMACZENIA W GŁOWIE)

 

Jedyne czego potrzebujemy, to malutki kompaktowy notes oraz długopis, a potem laptop lub telefon z dostępem do internetu.

 

RUTYNA NIE JEST ZŁA

 

Dni większości z nas są do siebie zwykle bardzo podobne: wstajemy, jemy śniadanie, pijemy kawę, myjemy się, ubieramy, stoimy w korku, docieramy do pracy, rozpoczynamy swój poranny rytuał na rozruch, może chwila plotkowania z współpracownikami…

Takich rutyn w naszym życiu jest DUŻO. Non stop mamy styczność z tymi samymi przedmiotami, rozmawiamy o tych samych sprawach, spisujemy podobne raporty, wysyłamy prawie identyczne maile…

 

 
 

IN THE PICTURE I CAN SEE…

 

Znacie to wyrażenie? Zdecydowaną większość z nas zbierało już na mdłości, gdy po raz tysięczny słyszeliśmy je przed ustną maturą z angielskiego. Należało opisać obrazek przy pomocy czasu Present Continuous. Naszym zadaniem było NAZWAĆ TO, CO WIDZIELIŚMY.

Wspomniana technika jest nieco podobna, jednak zdecydowanie bardziej ukierunkowana na użyteczne słownictwo (wszak nie spotkamy na ulicy pandy na rowerku, a widziałam podobne zdjęcia na maturze – ludu, kto to układa?).

I tak właśnie jadąc samochodem do marketu w sobotę, rozkminiam…

Wsiadam do samochodu… el coche

Na poboczu stoi lampa… la lámpara

A ja muszę zrobić zakupy… las compras

Kończy mi się benzyna, więc muszę wstąpić na stację benzynową… la gasolinera

Przy kasie zapłacę pewnie gotówką… … … DU***A! Jak są pieniądze???
Gdy tylko znajduję miejsce parkingowe (stanowczo za daleko od wejścia, ale mam dobry punkt orientacyjny, bez którego bym zginęła marnie w późniejszych poszukiwaniach), sięgam po swój magiczny notesik i zapisuję:
 
1) PIENIĄDZE / GOTÓWKA
 
 
Zerkam na wiszący przy moim kolanie pokaźny pęk kluczy. Moja dłoń na chwilę zatrzymuje się na kartce, po czym dopisuje
 
 
2) KLUCZ
 
 

POŁATAJMY DZIURY

 

Wieczorem siadam do laptopa i wpisuję kilka pierwszych liter adresu słownika. Jest w pamięci komputera, więc nie muszę go nawet kończyć. Po notesie widać już pewne ślady użytkowania, ale kompletnie mnie to nie razi. Tak samo, jak nie rażą mnie popisane książki. Przedmioty są po to, by ich używać, a książki po to, by czerpać z nich wiedzę. A jaki jest lepszy sposób na naukę, aniżeli samodzielne przetworzenie informacji?

Ok…

KLUCZ…  la llave