Jak się zmotywować do działania

ZACZĘŁO SIĘ JAK ZAWSZE

 

„Chciałabym mieć Twój zapał. Mi jest zawsze tak ciężko się zmobilizować.”

Spojrzałam na ekran komputera i uśmiechnęłam się pod nosem.

Moje nadgarstki na chwilę zawisły nad klawiaturą, ale tylko na sekundę. Słyszałam to stwierdzenie wielokrotnie i niemal za każdym razem odpowiadałam tak samo.

Kwestia samozaparcia i systemów, nie motywacji.”

„Jak to nie motywacji?”

Motywacja to uczucie trwające 15 min, prawdopodobnie gdzieś w okolicy Nowego Roku  ? EXCITEMENT nowego początku ? Szybko przychodzi i równie szybko znika. Zwłaszcza gdy coś się spapra. To kiepski filar do budowania nowego nawyku. Jak to ujął James Clear – nie rośniemy do poziomu naszej motywacji, spadamy do poziomu naszych systemów. I dlatego ja bardzo świadomie i zamierzenie wprowadzam je do swojego życia. Gdybym miała działać tylko wtedy, gdy czuję się zmotywowana, nigdy niczego bym nie zrobiłam.

 

 

CZYM WIĘC JEST SYSTEM?

Wszystkim, co odgórnie zmusi Cię do działania.

 

Wśród moich można znaleźć m.in.:

SPRAWNOŚĆ FIZYCZNA: zapisałam się na karate. Intensywność treningów wymusza też na mnie minimum 1-2 dodatkowe sesje poza matą (bieganie, siłownia, DVD, itp.) – cokolwiek, co sprawi, że zrobienie np. 30-50 militarnych pompek mnie nie zabije. 🙂


ROZWÓJ BLOGA I BIZNESU: bardzo publicznie (wiedziało o tym 1700 osób z mojej listy mailingowej ;D)  zobowiązałam się, że będę filmować jedną lekcję każdego dnia przez miesiąc. Tak powstało wyzwanie „30 dni z angielskim”.


BRAK CZASU DLA RODZINY I ZNAJOMYCH: obietnica złożona… nawet na tydzień przed odwiedzinami, kawą, piwem czy imprezą urodzinową. Skoro od innych oczekuję słowności, od siebie wymagam jej tym bardziej. Muszę mieć naprawdę dobry powód, by zmienić plany (swoje i cudze).


SAMO-NARZUCONE „NON-NEGOTIABLES”, czyli elementy/rutyny, które nie podlegają negocjacji (nawet gdy negocjuję sama ze sobą 😉 ):
– niedziele dla rodziny, choćby to było kilka godzin (nowość, dla pracoholiczki wyzwanie, ale na razie idzie dobrze ;))
– utrzymanie zdrowej diety 80% czasu
– planowanie całego tygodnia zanim się jeszcze zacznie

 

 

JAKIE SYSTEMY WYBRAĆ?

 

Usłyszałam kiedyś pewną historię o wykładowcy, który przyniósł na swoje zajęcia szklany słój.

Wrzucił do niego dostatecznie dużo kamieni, ażeby  sięgnęły brzegów i zapytał studentów czy słój jest pełny. Odpowiedzieli, że tak.

Wtedy on wsypał na kamienie piasek, który oczywiście uzupełnił pustą przestrzeń między kamykami. Wówczas wykładowca spytał raz jeszcze – „czy słój jest teraz pełny?”. Znów usłyszał twierdzącą odpowiedź.

Na co on wylał na piasek wodę, która została wchłonięta przez piasek.

Te duże kamienie to rzeczy w naszym życiu najważniejsze: zdrowie, partner, dzieci, przyjaciele… Piasek to sprawy mniej istotne – może samochód, a może awans w pracy… Woda to rzeczy bez większego znaczenia. Bzdury, które wypełnią nasze życie, jeśli im pozwolimy.

 

A pointa całej historii jest taka – gdybyśmy zaczęli od wody, tj. spraw nieważnych, nie wystarczyłoby już miejsca na nic innego.

Nim więc ustawisz systemy, które na stałe mają zagościć w Twoim życiu i harmonogramie, zdecyduj co powinno się znaleźć w słoju w pierwszej kolejności. Mądrze wybierz swoje kamienie.

Moje klarują się, gdy życie zaczyna pisać swój scenariusz. Wypadek samochodowy, choroba w rodzinie, śmierć kogoś znajomego… Wtedy przystaję, siadam w fotelu (fizycznie) i, jak zawsze, myślę na papierze. A że jestem osobą, która sama kilka razy otarła się o śmierć, za każdym razem zadaję sobie to samo pytanie – gdyby to wszystko się jutro zawaliło, czego żałowałabym najbardziej?

Jak pogodziłam studiowanie dwóch kierunków z pracą

 

 

Wspominałam już wielokrotnie, że wybór studiów anglistycznych nigdy nie był dla mnie czymś oczywistym. Filologia angielska miała dać mi język oraz czas na to, aby zastanowić się czym chciałabym się zajmować. Jednym z efektów poszukiwań okazała się być grafika komputerowa.

I tak Ania postanowiła na czwartym roku studiów pójść na podyplomówkę z grafiki komputerowej, a w „wolnym” czasie doszkalała z angielskiego dzieci znajomych rodziców. Jak widać, już wtedy nie przyswajałam życiowych lekcji przy pierwszym podejściu, ponieważ jakieś dwa lata później powieliłam schemat i łączyłam pracę w szkole językowej z nauką w szkole fotografii i egzaminami z szybownictwa. I choć nie wspominam tych okresów za dobrze, to cieszę się, że miałam wtedy na tyle rozumu, żeby zacząć stosować kilka technik zarządzania sobą w czasie.

 

Moją biblią stała się jedna z najpopularniejszych książek w tej dziedzinie, tj. „Zjedz tę żabę” Briana Tracy (dla zainteresowanych, LINK), a wspomniane w niej (i stosowane! 😛 ) zasady, uratowały mi wtedy tyłek. Niektóre z moich ulubionych znalazły się na poniższej liście,

 

 

 

PLANUJ (I PAMIĘTAJ, ŻE NAWET NAJLEPSZY PLANNER NIE PODPOWIE CI, CO JEST NAJWAŻNIEJSZE)

 

Znacie to uczucie, gdy macie ochotę zacząć krzyczeć, ponieważ lista rzeczy do zrobienia zwiększa się, zamiast zmniejszać? Wtedy najczęściej przychodzi taki moment, gdy tracimy poczucie kontroli nad własnym życiem. Straciłam wówczas zaufanie do własnego umysłu – ilość obowiązków zaczęła go przerastać.

Koleżankom ze studów wychodziły oczy z orbit, gdy widziały mój harmonogram – składał się z 2-3 sklejonych taśmą kartek formatu A3 i uwzględniał godzinowy plan na najbliższe 6-8 tygodni. Nie dało się inaczej.

Nikomu nie życzę tak zapchanego plannera, jednak rozrysowanie sobie najbliższego tygodnia z uwzględnieniem snu, czasu pracy, posiłków, dojazdów, tankowania, rachunków i innych tego typu (na pozór oczywistych) pierdół, da nam perspektywę na to, jak niewiele czasu nam tak naprawdę zostaje. A tym, czego mamy niewiele, rozporządzamy o wiele rozsądniej.

 

 

 

ZIDENTYFIKUJ SWOJE KLUCZOWE OGRANICZENIA

 

Niewiele pamiętam z fizyki z czasów licealnych, nigdy jednak nie zapomnę tego jednego stwierdzenia: obiekt jest tak silny, jak jego najsłabszy punkt.

A nasz progres będzie następował w takim tempie, w jakim pozwoli mu na to jego największe ograniczenie. I, co ciekawe, ograniczenia te mogą być różnorodne w zależności od dziedziny życia, a nawet konkretnego aspektu pracy czy nauki .

Dla ćwiczeń fizycznych będzie to np. niezdolność do wygramolenia się wcześnie rano z łóżka (zły dobór czasu ćwiczeń), dla nauki języka brak zewnętrznej motywacji (i monitoringu, czyli kursu/korepetytora), a dla przyswojenia materiału na egzamin – brak odpowiednio dobranych metod (np. kucie na blachę słów zamiast wizualizacji) i przyswajanie materiału 2 h zamiast 30 minut..

Jeśli więc regularnie wyznaczamy sobie podobne cele i uderzamy w te same ściany, warto zastanowić się jak je ominąć.

I należy być przy tym BARDZO konkretnym. Stwierdzenie, że jesteśmy na coś po prostu za leniwi lub nie mamy czasu, to pójście na łatwiznę.

 

 

 

 

 

SKOŃCZ, CO ZACZĄŁEŚ

 

Zaczynanie jakiegoś zadania i go przerywanie (np. dla mnie było to wykonywanie projektów na grafikę komputerową) skutkuje w ogromnej stracie czasu. Oczywiście niektóre z nich mogą być tak duże, że niemożliwością jest ich ukończenie za jednym zamachem, jednak w tym momencie wypadałoby się zastanowić nad tym, jak podzielić całe przedsięwzięcie na pojedyncze niezależne od siebie jednostki.

Gdy nie kończyłam zadania domowego na podyplomówkę tego samego dnia, którego je rozpoczynałam, przerwa między oboma podejściami zmuszała mnie do kolejnego „wdrożenia się”. Mój umysł musiał po raz kolejny „załadować kontekst” danego zagadnienia i zmarnować  przy tym czas.

Technika pomogła mi w późniejszym napisaniu pracy magisterskiej – bolesnym procesie, który zająłby niepotrzebnie o wiele więcej czasu, gdybym chciała wszystko czytać dodatkowe 10-15 razy. Niejednokrotnie musiałam zmusić się do dodatkowych 20-30 minut pracy, ale pozwalało mi to na zakończenie danego podrozdziału czy zagadnienia.

 

 

 

ZMAKSYMALIZUJ POTENCJAŁ ENERGETYCZNY

 

Tracy zachęca w swojej książce do tego, żeby to właśnie z najcięższym zadaniem uporać się każdego dnia w pierwszej kolejności (–> jako pierwszą zjedz tą największą, najbardziej przebrzydłą żabę). I nie wiem, jak tego dokonałam, ale przez pewien czas wstawałam o godzinie 6 rano (1-1,5 h wcześniej, niż musiałam) i mając na uwadze powyższą radę, siadałam do pisania swojej pracy magisterskiej.

Z perspektywy czasu stwierdzam, że piękna to idea, jednak dla wielu z nas zbyt abstrakcyjna. W wieku 23 lat mój organizm nie krzyczał aż tak bardzo, gdy wypełzałam skoro świt spod kołdry. Nie imprezowałam, prawie w ogóle nie piłam alkoholu, więc poza dużą ilością nauki, nie było zewnętrznych czynników, które by mnie dodatkowo spowalniały, a młodemu umysłowi łatwiej jest się przestawić. Z biegiem lat mój styl życia został zdominowany przez cechy pracy typowy dla sowy – nocnego marka, który rozkręca się dopiero po zmroku.

Słuchanie naturalnych preferencji mojego ciała stało się nieodłącznym elementem planowania dnia (oczywiście, na ile jest to możliwe). Mogłabym co prawda zmuszać się dziś do pisania artykułów o 6 rano, a do ćwiczeń o 23. Nie było by to wtedy jednak ani przyjemne, ani w połowie tak efektywne. Jeśli więc mam możliwość i siłypriorytetowe projekty wymagające ode mnie kreatywnej energii są wykonywane rano. Jeśli jednak o 7:00 mój mózg jeszcze śpi, a zamiast artykułu, spod moich palców wylatuje bezsensowny bełkot – zaczekam, aż centrala się obudzi. 🙂

 

***Nie wprowadziłam wtedy drugiej rady Tracy’ego dotyczącej poziomu energii – szanowania swojego organizmu, jedzenia zdrowo i wysypiania się. Strata niezbędnych godzin snu, to utrata koncentracji. Mądry Polak po szkodzie.

 

 

 

INNI ULUBIEŃCY

 

  1. Organizowanie projektów w blokach czasowych. Angielskiego uczymy jednym ciągiem, a dopiero potem siadamy do selekcji zdjęć po sesji. Nie skaczemy między projektami.
  2. Słuchanie audiobooków oraz nagrywanie materiału na komórkę i odsłuchiwanie go podczas dojazdów (nie jestem słuchowcem, ale jak się nie ma, co się lubi, a terminy gonią…)
  3. Noszeni fiszek w kieszeni spodni/torebce. Co kolejka w sklepie, do 2-3 słówka do przodu.
  4. 20 + 5, czyli umowa z samą sobą na temat proporcji pracy i odpoczynku. Jazda autobusem do rodziców zajmowała mi w czasie studiów nierzadko 2,5 h. W tym czasie naprzemiennie intensywnie uczyłam się z fiszek, po czym bez poczucia winy odpalałam na odtwarzaczu MP3 ulubioną piosenkę.
  5. Mój pokój tonął w kolorowych kartkach i markerach. Właściwie to nadal tonie.
  6. Kalkulowałam… Czy opłacało mi się wracać do mieszkania, jeśli marsz w jedną stronę zajmował mi 20 min, a okienko trwało 1,5 h? Nie. Wówczas pakowałam do torebki kserówki do przeczytania na literaturę brytyjską czy zadanie z gramatyki i zaszywałam się w kącie na stołówce czy półpiętrze.

 

 

„Nigdy nie ma wystarczająco czasu, żeby zrobić wszystko, ale zawsze jest go dostatecznie dużo, żeby zrobić to, co najważniejsze.”

“There is never enough time to do everything, but there is always enough time to do the most important things. ”
Brian Tracy

Aplikacje, które pomogą Ci się zorganizować

 

 

HABIT BULL

 

 

Czyli tak zwany „habit tracker”, w którym możemy rejestrować do 5 darmowych nawyków i tworzyć ich łańcuchy.

  • Nadajemy im kategorie (np. fitness),
  • Tytuły (np. 30 min ćwiczeń),
  • Formę „rozliczania się” z tych nawyków 😉  (np. proste tak/nie lub wprowadzamy liczbę kalorii, kilometrów, stron w książce czy czegokolwiek chcemy),
  • A następnie częstotliwość (np. każdego dnia, x dni w tygodniu, itd.).

 

W prawdzie po angielsku, ale jest bardzo intuicyjna. 😉

 

 

PRODUCTIVITY CHALLENGE

Czyli zegar stworzony do monitorowania swoich godzin pracy. W miarę, jak uruchamiamy aplikację wielokrotnie, zdobywamy różne „rangi”. Statystyki pokazują jak nam poszło danego dnia i tygodnia, a timer możemy dostosować do swoich potrzeb. Aplikację tą przy pierwszych kilku użyciach trzeba rozgryźć metodą prób i błędów, ale jest tego warta. Spotkałam się z wieloma zegarami tego typu, jednak z Productivity Challenge nigdy nie zrezygnowałam.

  • Możemy wprowadzić kilka projektów, nad którymi pracujemy,
  • Ustawiamy czas „sesji” pracy (co można również szybko zmienić przed każdą rozpoczętą sesją, sama często tak robię),
  • Wybieramy liczbę sesji oraz jak dług powinny trwać krótsze i dłuższe przerwy (+ z jaką częstotliwością będziemy je robić),
  • Plus za dzikie efekty dźwiękowe, choć trzeba uważać na to, w jakim środowisku pracujemy. :>  Jeżeli słyszeliście kiedyś w jakimś angielskim serialu takie „ŁEEE ŁEEE ŁEEE”, które pojawia się, gdy bohaterowi coś nie wychodzi, to jest to właśnie to. 🙂 Tylko o wiele głośniej. 😀 Dźwięki można wyłączyć. 😉
  • Aplikacja pomaga w wyrobieniu nawyku intensywnego skupienia na pracy.

 

 

 

& FOREST

 

Jeszcze jeden timer, który gości na mojej komórce. Ustawiamy „wielkość drzewka, które chcemy posadzić”, tzn. liczbę minut, jaką jesteśmy skłonni poświęcić danemu zadaniu i… odpalamy. Jeżeli w tym czasie spróbujemy wyjść z aplikacji, zabijemy drzewko. Prosty pomysł, nieskomplikowany sposób na wspomaganie swojej koncentracji i wyeliminowania rozpraszaczy.

 

 

ALARMY & WALK ME UP

Agresywne budziki wyciągająca nas rano z łóżka na siłę.

W Alarmy musimy

  • rozwiązać działania matematyczne,
  • dziko potrząsać telefonem
  • lub nawet na niego krzyczeć (sprawdzałam, działa :D).

    Walk Me Up (walk=chodzić) musimy z tym telefonem zrobić ustawioną liczbę kroków, żeby się wredota wyłączyła. 😉

 

 

 

 

EVERNOTE

Znalezione obrazy dla zapytania evernote

 

Czyli mój drugi mózg na blogowe artykuły. 😉  Przyzwyczajenie się do niego wymaga nieco czasu, ale warto.

  • Będą nim zainteresowane w szczególności osoby, które dużo piszą odręcznie (np. studenci), ponieważ aplikacja (jest też program) przekształca nasze osobiste notatki i zapisuje je w postaci pliku tekstowego.
  • Możemy w nim tworzyć liczne notatniki, notatki, załączać screeny, grafiki i linki.
  • Darmowa wersja umożliwia podłączenie 2 urządzeń (np. telefonu i komputera), dzięki czemu możemy dodawać notatki nawet wtedy, gdy akurat nie mamy dostępu do laptopa. Wszystko trafi do jednego zbioru.

 

 

SPENDING TRACKER

Od niedawna mój ulubieniec. W bardzo prostu sposób rejestruję w nim swoje wydatki i dochody. Dzięki temu wiem ile pieniędzy wydałam każdego miesiąca na ZUS, księgowego, jedzenie, wypady ze znajomymi czy jedzenie. Jako że prowadzę własną działalność, dochód także jest zmienny i zanotowanie wszystkiego (a zajmuje to dosłownie kilka sekund) daje mi możliwość kompletnego ogarnięcia swoich finansów.

 

 

*MEDITATION

 

Bonus dla ludzi z problemami z koncentracją. Jedni uważają trening uważności za dziwną modę, jednak statystyki wykazują, że tego typu ćwiczenie skupienia bardzo pozytywnie wpływa na nasze zdolności poznawcze, samoorganizacje i ogólnie zdrowie psychiczne.

 

Jak wcześniej wstawać :)

WYŚPIJ SIĘ (wiadomo)

 

Według statystyk 30-40% z nas niedosypia. W zamierzchłych czasach mojej głupiej młodości (czyli jakiś rok czy dwa temu ;P) potrafiłam w swoim zacięciu sypiać po 4 h, ażeby ogarnąć wszystkie kursy, szkolenia i lekcje. Długoterminowo jest to szczyt głupoty. Przy braku snu nasze zdolności kognitywne gwałtownie spadają, a żeby nadrobić jedną zarwaną noc, organizm potrzebuje całego tygodnia, by móc wrócić do równowagi. Minimalizowanie godzin spędzonych w objęciach Morfeusza jest czasem konieczne, musimy się jednak liczyć z konsekwencjami (od szybszego starzenia, przez problemy z gospodarką hormonalną i tycie).

 

 

RODZAJ BUDZIKA

 

Odkąd zaczęłam sypiać po 6-7 h, czyli tyle, ile potrzebuję do względnie normalnego funkcjonowania, bardzo głośny budzik przestał być koniecznością. Kiedyś niezbędne było dla mnie nastawienie 5-6 dzwonków w telefonie, ponieważ zaspanie groziło spóźnieniem się na zajęcia w którejś z firm.

 

Dziś ustawiam jako budzik utwór przyjazny dla ucha, najlepiej przyjemną piosenkę, której głośność zwiększa się wraz z czasem. Alternatywą jest budzik z klasycznym dźwiękiem (PI-PI-PI-PIP! ;)), który również po kilku sekundach zaczyna dzwonić nieco głośniej.

 

Bywa jednak, że nadejdzie czas intensywnej pracy, a wtedy trzeba będzie uciec się do technologicznych nowinek.

 

 

PRZYDATNE APLIKACJE

 

SHAKE-IT ALARM
Możliwości jest kilka. Żeby wyłączyć budzik musimy:
a) rozwiązać działanie matematyczne
b) potrząsać energicznie telefonem przez określony czas
c) stukać w ekran telefonu
d) krzyczeć na swój telefon (serio… reaguje na dźwięk… sprawdziłam! :D)
e) zrobić zdjęcie konkretnego obiektu z wybranej perspektywy – wieczorem robimy zdjęcie np. czajnika w kuchni i żeby wyłączyć rano budzik, gdy już zadzwoni musimy iść do kuchni zrobić identyczną fotkę 😉
BONUS: Możemy ustawić opcję wysyłania wiadomości. Jeśli więc nie zwleczemy się z łóżka, aplikacja sama „napisze” do bliskiej nam osoby z prośbą o telefon.

 

BARCODE ALARM CLOCK FREE
Ażeby wyłączyć budzik, musimy zeskanować kod kreskowy produktu, który wcześniej wprowadziliśmy do pamięci. Jak ze zdjęciem wyżej, acz ta funkcja jest w Shake-it Alarm płatna, a tu nie.
Skanujemy więc kod kreskowy swojej nitki do zębów albo kubka w kuchni i do dzieła 😉
 

 

 

KIJ…

Nienawidzę swojego czerwonego budzika. Ma jednak dwa plusy. Po pierwsze świetnie nadał się do zdjęć na oficjalnej stronie firmy 😛 Po drugie jest głośny i agresywny. Rzadko się jednak zdarza, aby mnie obudził, ponieważ stosuję go jako kij – karę za to, że nie wstanę po pierwszym spokojnym dzwonku ustawionym na komórce. Jeżeli zawiedzie dźwięk ulubionej piosenki, trzeba się uciec do bardziej drastycznych środków 😉

 

 

… I MARCHEWKA

 

Czyli mały prywatny rytuał, który sprawia przyjemność. Dla mnie jest to kawa, zdrowe śniadanie i kilka-kilkanaście minut z dobrą książką lub edukującym podcastem, a następnie z moim planerem.
Owszem, jednym z najpopularniejszych rekomendacji w świecie rozwoju osobistego jest „zjedzenia żaby” z samego rana, czyli uporanie się z najbardziej problematycznym zadaniem w pierwszek kolejności. Wiem jednak po sobie, że jeżeli miałabym się zmusić do wygramolenia z łóżka w ciemny zimowy poranek, to na pewno nie zrobię tego dla jakiegoś nudnego obowiązku.
Pozwalam więc sobie na rozgrzewkę. Czasz tylko dla siebie, przegrupowanie sił 😉 i zastanowienie się jakie sprawy chciałabym danego dnia zamknąć.

 

 

INSPIRACJA W DESPERACJI
 
 Jeden z moich ulubionych youtuberów, Thomas Frank, ustawia dzięki Twitterowi wiadomość, która zostanie opublikowana rano, jeżeli Tom nie wstanie na czas i nie zdąży jej skasować.
W wiadomości tej autor informuje czytelników o tym, że nadal jest w łóżku, śpi i jest leniwy i że jeśli ktoś odpowie na wyżej wspomnianą notatkę, dostanie 5$ 😉

Jak wziąć się do pracy, gdy tak bardzo się nie chce ;)

KOGNITYWNY SKNERA

 

Zacznijmy od korzeni, tj. zrozumienia dlaczego w ogóle nam się nie chce 😉 Mózg człowieka jest tzw. kognitywnym sknerą (z j.ang. cognitive miser) – jest to termin używany w psychologii i oznacza, że nasz umysł ma naturalną tendencję do oszczędzania energii. Innymi słowy, gdy tylko nie znajdujemy się w sytuacji „życia lub śmierci” kiedy to cała nasza uwaga musi zostać poświęcona przetrwaniu, lubimy iść na łatwiznę. Tak zostaliśmy zbudowani biologicznie. Oczywiście, nie zmienia to faktu, że musimy z tym walczyć, ażeby nie zostać leniwcami roku, niemniej – warto wiedzieć 😉

 

 

2 MINUTY, CZAS START

 

Czyli ustawiamy minutnik w telefonie na 2 min i pozwalamy sobie przerwać pracę/naukę po upływie tego czasu. Gdyby się nad tym zastanowić, to początkowa faza całego procesu jest najtrudniejsza. Po przełamaniu pierwszej bariery lecimy już siłą rozpędu i nie odczuwamy takiego dyskomfortu koncentrując się na mało przyjemnym zadaniu. Sęk w tym, żeby przechytrzyć własny umysł i w ogóle zacząć. Mało prawdopodobne, że po tych dwóch minutach naprawdę przerwiecie pracę 😉 To pozwolenie samej sobie na jej przerwanie zrobi całą robotę i pomoże w ogóle zacząć 😉

 

 

WORK/STUDY TRIGGERS

 

Trigger (również z j. ang., oznacza wyzwalacz), czyli jakiś bodziec prowadzący do reakcji. Wszyscy uczymy się w liceum o behawioryzmie, wyrabianiu nawyków i szkoleniu psa jak się ślinić na dźwięk dzwonka. Łatwiej będzie nam się wprowadzić w „tryb pracy”, gdy ustalimy swój własny „sygnał startu”, tj. właśnie taki wyzwalacz. Dla mnie jest to włączenie aplikacji „Forest”, która daje mi znać gdy przychodzi czas na przerwę. Nie musi to mieć jednak nic wspólnego z telefonem. Może to być coś tak prostego, jak zamknięcie wszystkich zbędnych okienek na komputerze czy wypicie szklanki wody. Umysł z czasem automatycznie połączy bodziec z następstwem – pracą/nauką i szybciej wejdzie w stan skupienia.

 

 

ZASADA 5 SEKUND

 

Mel Robbins (komentatorka CNN i autorka książki „5 Second Rule”) odkryła, że za każdym razem, gdy zaczynamy się wahać podejmując jakąś decyzję (nawet najmniejszą), nasz mózg znacząco wyolbrzymia problem. Dla niego niezdecydowanie jest równoznaczne z niebezpieczeństwem. 5 sekund to czas, którego potrzebuje, żeby do niego dotarło, że powinien „zbudować mur”. Innymi słowy, za każdym razem, gdy stajemy przed jakimkolwiek wyborem i dajemy sobie więcej, niż 5 sekund na podjęcie decyzji, podświadomość (a konkretnie to nasz kora przedczołowa i okołooczodołowa) mózg krzyczy „Nie rób tego! Zagrożenie!”. Pointa? Nie daj sobie czasu na myślenie. 

 

 

I NA KONIEC: PRZESTAŃ SIĘ ZE SOBĄ PIE***YĆ  😉

 

Chodziłam w liceum, gdy niżej opisana sytuacja miała miejsce. Był to wieczór, środek tygodnia, a ja zmagałam się ze sobą wewnętrznie, żeby ruszyć tyłek i wrócić do nauki. Zrobiłam sobie akurat chwilę przerwy i położyłam na sofie w gościnnym, gdzie rodzice oglądali jakiś polski serial kryminalny. Po raz n-ty próbowałam samą siebie przekonać, żeby wrócić do siebie i jeszcze trochę pouczyć przed sprawdzianem. Gdy byłam w połowie tego swojego wewnętrznego dialogu (muszę wstać… ale nie chce mi się…) serialowy komendant policji wydał swojemu podwładnemu rozkaz. Kiedy tamten wyraził swoje niezadowolenia, usłyszał jedynie „Marek, do jasnej chol***y, przestań się ze sobą piep***yć”. Idealne „wyczucie czasu” 😉 I tak właśnie doszłam do wniosku, że nie ma co się ze sobą obchodzić jak z delikatnym kwiatuszkiem 😉 W końcu nikt nie chce być użalającą się nad sobą niedojdą życiową 😉

Jak zacząć dzień produktywnie

POBUDKA

 

W czasach, gdy sypiałam po 4 godziny na dobę (wolę o tym nie pamiętać) ustawienie 5-6 budzików było koniecznością. Zakładam, że macie nieco więcej rozumu, niż ja wtedy i sypiacie po 7-8 godzin na dobę (co jest też wskazaniem dla przeciętnej osoby dorosłej). Przyjęło się w ostatnich latach, że najlepiej obliczyć swój optymalny czas snu dzięki wielokrotności 1,5 h (np. 6 h lub 7,5 h), a to dlatego, że rzekomo wtedy udaje nam się zamknąć kompletny cykl snu. Okazje się jednak, że jest to kwestia indywidualna i u dwóch osób trwanie tego cyklu może być różne o nawet 30 min. Eksperymentujemy więc ile snu naprawdę potrzebujemy.

 

Po wyłączeniu budzika nie wracamy do łóżka! Robiłam to przez lata (głupia ja) i tym trudniej było mi się z niego wygramolić.
Jeżeli przespaliśmy wystarczającą liczbę godzin, budzik o średniej intensywności (agresji?) powinien wystarczyć. Oczywiście, gdy zarywamy noc, potrzebujemy mocnego kopa w tyłek, więc i budzik powinien być odpowiednio głośniejszy. Jeśli jednak przespaliśmy przynajmniej te 6 godzin, ustawmy sobie coś, co nie sprawi, że zaczniemy dnia z mordem w oczach.

 

 

CO NA ŚNIADANKO

 

Wybacz mi, bo zgrzeszyłam. Na śniadanie wypiłam kawę rozpuszczalną z mlekiem.Pracuję jednak nad tym i postanawiam poprawę. Jako substytut zamierzam stosować herbatę PU-ERH z odrobiną oleju kokosowego.

 

Na początku smakuje jak podeszwa, ale z czasem można się przyzwyczaić. Jest o wiele lepszym zamiennikiem kawy, po której poziom energii winduje do góry, po czym równie szybko spada. Pu-erh wywołuje mniejszy szok dla organizmu, a pozytywny efekt pobudzenia trwa dłużej.

 

Na śniadanko zaleca się białko do 30 min od przebudzenia (najlepiej w granicach 30 g protein), a to dlatego, że wspomaga to utrzymanie prawidłowej wagi. Takie śniadanie jest też bardziej sycące i później odczujemy głód. Jajecznica nie bez powodu stała się jedną z najpopularniejszych opcji śniadaniowych 😉 Zarówno sztuczkę z pu-erh, jak i białkiem na śniadanie, nauczyłam się od Tim’a Ferriss’a. Biorąc pod uwagę, że przez niektórych uważany jest za największego na świecie specjalistę w efektywnej nauce, jest to dobry model do naśladowania 😉

 

Pierwszy posiłek dnia warto połączyć z audiobookiem lub dobrą audycją radiową w tle albo też książką lub ebookiem jeśli śniadanie jest mało problematyczne i nie brudzi. 

 

***Jeżeli mamy do wykonania jakąś pracę wymagającą kreatywności, warto zaplanować ją na wczesny poranek. Część mózgu odpowiedzialna za twórczość jest wtedy najbardziej aktywna.

 

 

TRENING UWAŻNOŚCI / MEDYTACJA

 

Wśród korzyści treningu uważności (mindfulness) Forbes wymienia znaczące obniżenie poziomu stresu, samoświadomość swoich uprzedzeń (pierwszy raz o tym przeczytałam, hmm…), zmniejszenie ryzyka depresji, podniesienie akceptacji swojego ciała, zwiększenie zdolności do przyswajania nowych informacji oraz lepszą koncentrację.

 

A tak w ogóle to bez regularnej praktyki, choćby przez 5 minut dziennie, czuję się jak w kieracie, dni przelatują mi między palcami i mam wrażenie, że przesypiam swoje własne życie. Stres jest wtedy również nieporównywalnie większy, a ja przypominam kłębek nerwów.

 

Na co dzień używam darmowej aplikacji o skomplikowanym tytule „Meditation” 😛, dzięki któremu przez 7 minut mogę koncentrować się na swoim oddechu albo stopniowo rozluźniać całe ciało.

 

 

ZARYS DNIA / AGENDA

 

Nie kłamiąc, w dni, których wcześniej nie zaplanowałam i nie wiedziałam jakie sprawy chcę zamknąć, moja produktywność i satysfakcja z życia spada o co najmniej 50%. Mam wtedy poczucie życia w chaosie, a kładąc się wieczorem do łóżka dochodzę do wniosku, że niczego konkretnego nie zrobiłam, a padam na twarz ze zmęczenia. Niebywale łatwo dać się wciągnąć w kołowrotek codzienności i reagować na to, co nam ona podsuwa nie mając przy tym własnych planów i nie panując nad swoim własnym harmonogramem.

 

 

5 rzeczy, które szkodzą Twojej produktywności

Uroczyście obiecuję, że (będę się starać :D)

 

1) NIE sprawdzać skrzynek email (tak, mam kilka, w zależności od tego do czego mi służą) więcej, niż 2 razy dziennie. Jedyny wyjątek stanowią sprawy niecierpiące zwłoki, np. gdy czekam na dokumentację do szkolenia bądź gonią mnie terminy i muszę szybko zamknąć temat.

 

W przeciwnym razie, odświeżanie, bezmyślne logowanie się do konta i wykorzystywanie takiego monitoringu jako przerwy w pracy, jest SUROWO ZABRONIONE :p Zwłaszcza dwa ostatnie punkty. Nie jest to ani forma odpoczynku, ani nie pojawi się w mojej skrzynce wiadomość, która uratuje świat przed zagładą. Może zaczekać.

 

 

2) NIE zostawiać telefonu w pobliżu łóżka. Dla niewtajemniczonych, dla mnie nastawianie 5 budzików jest normą i często koniecznością (z czego 2, to zupełne osobne urządzenia) wynikającą z kolei z pracy do późnych godzin nocnych. Sorry, taki mamy klimat ;p To znaczy, sorry, jestem typową sową i najlepiej mi się pracuje po 22 (gdy to piszę jest dokładnie 22:07). Pozostawienie budzika pod ręką sprawia, że nazbyt łatwo jest mi go wyłączyć, przewrócić się na drugi bok i znów oddać się w objęcia Morfeusza. 

 

 

3) NIE reagować automatycznie i bezmyślnie na sytuacje stresujące, np. poprzez podjadanie. Zdecydowana większość społeczeństwa odreagowuje trudne sytuacje jedzeniem. I, niestety, problem nie ogranicza się do zbędnych kalorii w okolicy bioder. Najchętniej sięgamy po cukier, czyli węglowodany, które najszybciej poprawiają humor i dodają energii. Sęk w tym, że później równie szybko i gwałtownie doświadczamy jej spadku. Dostajemy kopa na pół godziny, a potem robią się z nas rozlazłe ryby i nic nam się nie chce.

 

Żeby było jasne, z żadnym razie nie hejtuję!

 

Kto bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień.  –>  Ania wymyka się tylnymi drzwiami z opakowaniem lodów pod pachą.

 

Mniam, mniam, mniam…

 

 

4) NIE pracować, NIE rozwiązywać problemów i NIE czytać wymagającej intensywnego myślenia literatury przed snem. Mózg pod koniec dnia powinien dostać odrobinę ciszy i spokoju, żeby bez problemu przejść w tryb odpoczynku. Niestety, za każdym razem, gdy próbuję nadrobić wieczorem zaległości kończy się to tym, że mój umysł nabiera rozpędu i zamiast spać – rozmyśla. Obok łóżka nie powinno więc stać nic poza butelką wody i mało ambitną literaturą 😉

 

 

5) NIE zostawiać ćwiczeń na sam wieczór, gdyż najprawdopodobniej

 

a) nie będzie nam się już chciało ćwiczyć, a konsekwencją będzie mniejsze dotlenienie mózgu, mniejsza liczba szarych komórek, pogorszenie pamięci i ogólnie JEDNA WIELKA KICHA ZDROWOTNA :p

 

b) organizm wyprodukuje dodatkowe pokłady adrenaliny, dotleniony umysł zacznie intensywniej pracować, przez co doświadczymy problemów z zasypianiem

 

Najrzadziej występująca opcja – scenariusz C – jest wyjątkowo rzadki. Ma miejsce, gdy tak bardzo skopiemy sobie tyłek przy ćwiczeniach, że po ich skończeniu od razu padniemy na twarz.

4 słowa, które zabijają Twój progres

FILOZOFIA AMATORÓW

 

Czyli wypowiadanie dobrze nam znanych słów „nie chce mi się”.  W świecie scrollowania i oglądania setek stron internetowych dziennie, niemal wszystko mamy podane na tacy. Przestaje być kwestią problematyczną JAK coś zrobić, ale CZY TO W OGÓLE ZROBIMY. Wszyscy przecież wiemy, że aby mieć ładnie wyrzeźbiony brzuch powinniśmy jeść zdrowo i dużo się ruszać. Zdajemy sobie też sprawę, że siedzący tryb życia dodatkowo szkodzi naszemu zdrowiu i wypadałoby raz na jakiś czas wstać od biurka i się poruszać. Tylko ilu z nas postępuje zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, a ilu podąża za swoimi odczuciami w danym momencie?

 

James Clear, znany w ponad 25 krajach autor, fotograf i przedsiębiorca, opublikował na swoim blogu coś, co utkwiło mi w pamięci na długo.

 

This is the difference between professionals and amateurs. Professionals set a schedule and stick to it. Amateurs wait until they feel inspired or motivated.
 
Na tym polega różnica między profesjonalistami, a amatorami. Profesjonaliści ustalają harmonogram i trzymają się go. Amatorzy czekają do momentu aż poczują inspirację lub motywację.
 
 

 

Z KŁAMSTWEM ŁATWIEJ

 

„Nie mam teraz na to czasu”. Albo jeszcze lepiej – „nie zdążę tego teraz skończyć, zrobię to jutro”. Często nasz brak chęci ubieramy w zupełnie inne szaty. W końcu gdyby ktoś zaoferował nam milion złotych w zamian za dwudziestominutową przebieżkę, znaleźlibyście czas. Z resztą, nie musimy braku chęci spowijać w inne wytłumaczenie. Samo stwierdzenie, że „nie chciało nam się” jest już wymówką – wymienia brak motywacji czy energii jako powód niewykonania zadania. Owszem, bywa, że dane zadanie faktycznie powinno znaleźć się gdzieś na spodzie listy priorytetów. Bardzo łatwo jest jednak spaść od „to nie mój priorytet” do „to nie takie pilne” aż po „nie chce mi się”. I oczywiście tym samym zatracić poczucie co jest tak naprawdę dla nas istotne.

 

Jak to ujął jeden z moich ulubionych youtuberów, Thomas Frank:
“Not feeling like it” doesn’t actually change your options. Even if you don’t feel like doing something, you can still do it. It simply takes grit – mental toughness – to get yourself through those de-motivating feelings.
„Brak chęci” nie zmienia Twoich możliwości. Nawet jeśli nie chce Ci się czegoś zrobić, nadal możesz to zrobić. Po prostu wymaga to charakteru –  odporności psychicznej – żeby przebrnąć przez te demotywujące uczucia.

ZIELONA TRAWKA

 

The grass is greener on the other side of the fence.
lub nasze
Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
Gdy więc widzimy jakiegoś youtubera, biznesmena lub poczytnego autora stwierdzamy, że „mają lepiej”. Tylko, jakby się tak zastanowić, w jakim sensie lepiej? Mają 28-godzinne doby? Wolniej się starzeją? Gdy sypiają po 4 godziny, to nie czują się zmęczeni? A może w chwilach zwątpienia zastępy aniołów śpiewają im jacy są boscy i niezwyciężeni?

 

Bez jaj.

 

Tak często nieświadomie wpadamy w tego typu tok rozumowania, że aż boli.

 

Sekret polega na tym, że czy coś zrobimy czy też nie, poczucie „niechciejstwa” jest równie intensywne. Jedynie efekty są inne.

 

I only write when I am inspired. Fortunately I am inspired every day at nine o’clock.
Piszę tylko wtedy, gdy czuję się zainspirowany. Na szczęście jestem zainspirowany codziennie o dziewiątej.
Faulkner

Jak zwiększyć swoją produktywność #1

Dziś poruszam jeden z moich ulubionych tematów, ale też taki, o którym można bardzo długo opowiadać. Temat jest bardzo długi, dlatego zdecydowałam się go poszatkować i stworzyć całą serię. Uważam, że warto się nad sprawą pochylić, ponieważ początkowa inwestycja czasu i energii w samoedukację w tej sferze, potem zwraca się po wielokroć.

 

  1. PLANOWANIE DOBREJ JAKOŚCI ROZRYWKI JAKO PRIORYTET

 

Scrolluję facebooka, włączam przypadkowe filmiki na youtubie i sprawdzam pocztę po raz setny. Nie jest więc kwestią sporną czy w ogóle mam ten  czas, a jak go wykorzystuję.

Gdy pracuję na pół gwizdka w ciągu tygodnia, mój czas wolny może przyjąć jedną z dwóch poniższych form:
– w weekend zrezygnuję z rozrywki, ponieważ będę musiała nadrobić nagromadzone zaległości
– zdecyduję się na „relaks” z poczuciem winy w tle.
Ciekawe rzeczy się dzieją natomiast, gdy ustalam „dobrej jakości” rozrywkę z wyprzedzeniem w okolicy piątku czy soboty. Staje się ona wtedy paliwem napędowym. Widząc na horyzoncie nagrodę, łatwiej jest mi się zmotywować do pracy i jak prawie każdy człowiek potrzebuję marchewki i kija, systemu deadlinów i cieszących mnie nagród.
Jakby tego było mało, umysł zmęczony pracuje o wiele mniej efektywnie. Nie dając sobie formy rozrywki, która całkowicie odciągnie naszą uwagę od problemów dnia codziennego, zmuszamy swój umysł do pracy w ciągłym napięciu. Nie mamy przez to możliwości się zregenerować, naładować akumulatorów, a nasz poziom energii stopniowo spada aż do wypalenia.
  1. CLEAR TO NEUTRAL TECHNIQUE

Czyli „ustawienie środowiska/ miejsca pracy w pozycji neutralnej”. Oznacza to, że za każdym razem, gdy kończymy dzień, powinniśmy doprowadzić wszystko do stanu względnego ładu.

 

W przeciwnym razie…
Gdy mam dużo zajęć i nałożę na siebie sporo projektów (lub po prostu mój poziom energii w danym tygodniu można znaleźć na poziomie piwnicy) pozwolę sobie na zostawienie bałaganu na biurku, nieposegregowanie folderów, niewłożenie mazaków i długopisów do właściwych przegródek oraz kłapnięcie pokrywą laptopa wprowadzając go tym samym w stan hibernacji, zamiast go wyłączyć… gdy to następuje, biegam następnego ranka po mieszkaniu przypominając diabła tasmańskiego z Looney Tunes (kto powyżej 30-stki, wie, o co chodzi ;)). Nawet jeśli jakiś cudem przygotowałam wcześniej plan (co w takich okresach rzadko się zdarza), to zamiast zacząć go wcielać w życie, biorę się za ogarnianie pokoju, dokumentów i całej reszty bajzlu.

 

Chaos w pokoju zdaje się współgrać z chaosem w terminarzu, więc w ciągu całego dnia mam obsuwę i o wiele trudniej jest mi się skoncentrować. A wszystko zaczyna się od niedokończonych spraw dnia poprzedniego.

 

Miłym bonusem jest to, że technika „clear to neutral” znacząco obniża mój poziom stresu. Choć wiem, że jest to głupie, czasem zasypiam z poczuciem niepokoju i frustracji tylko dlatego, że mam bajzel w sypialni.  Znacie to uczucie? Gdy wydaje się Wam, że o czymś zapomnieliście albo czegoś nie zrobiliście? Gdy pilnuję się i dbam o to, aby mieć taki świeży start co rano, takie poczucie towarzyszy mi o wiele rzadziej kiedy wieczorem przykładam głowę do poduszki.

 

I dotyczy to różnych sfer mojego życia: zarówno biurka, jak i otwartych okienek na laptopie (stąd czasem preferowany nieszczęsny stan hibernacji), niepozmywanych naczyń czy nieposegregowanych folderów.

Jak nie zapominać o codziennych sprawunkach

SMSY I MAILE

 

Już jakiś czas temu postanowiłam stworzyć system zarządzania wiadomościami, które dostaję na skrzynkę email i na telefon. Jeżeli nazwisko nadawcy sugeruje, że zaszła jakaś zmiana w planach (np. mamy mieć lekcję za godzinę) lub podejrzewam, że sprawa jest pilna – sprawdzam gdy tylko mogę i odpisuję. Jeśli nie jestem w stanie zamknąć tematu (np. podać swojej dyspozycyjności przy zmianie terminu lekcji), informuję o tym i obiecuję odpisać ok. godziny X gdy będę już wolna. Następnie ustawiam sobie alarm w telefonie z przypomnieniem na tą właśnie godzinę. Jeżeli tego nie zrobię, na bank zapomnę odpisać. Ot, taką mam pamięć, jak sito. Obserwuję podobną tendencję u swoich kursantów i często nie otrzymuję odpowiedzi na smsy przez 2 dni. Oczywiście muszę się wówczas przypomnieć i dopiero wtedy mogę ustalić terminy zajęć.

 

Druga wersja wydarzeń ma miejsce, gdy jestem pewna, że sprawa może chwilę zaczekać (znów, zazwyczaj sugeruję się nazwiskiem nadawcy i ewentualnymi wspólnymi planami). Wtedy nie otwieram wiadomości. Dla niektórych może to brzmieć niegrzecznie, jednak intencja jest całkowicie odwrotna. Uważam, że każdy kto do mnie pisze zasługuje na odpowiedź, a jeżeli nic mi o jej wysłaniu nie przypomni, to autor się informacji zwrotnej nie doczeka. Dodatkowo wybiję się z rytmu i zamiast koncentrować się na zajęciach, które właśnie prowadzę, moja uwaga będzie przeskakiwać między dwiema sprawami. Wiem, że gdy mój telefon będzie migał na zielono lub ikona wyświetli liczbę nieodczytanych wiadomości, później na pewno nie umknie mi, że mam odpisać.

 

Opcja numer trzy to po prostu mój brak dostępu do telefonu i nadrabianie zaległości gdy tylko mam taką możliwość.

 

Jest to pomieszanie planowania z elastycznością i wiem, że nie jest to system idealny, ale niestety lepszego nigdy nie wynalazłam 😉

 

MINI MINI

 

Mini notesik. Raz na jakiś czas, najczęściej gdy kogoś spotykam po raz pierwszy i jest to akurat w celach zawodowych, druga strona spotyka się z moim kolosem terminarza. Tabelki, samoprzylepne karteczki, kolory i dużo, dużo notatek na marginesach notatnika i wszystko to prowadzi do małego szoku. 😉 „I ty to wszędzie ze sobą nosisz?” Nie wszędzie i nie zawsze, ale najczęściej i zwykle na spotkania z kursantami/klientami lub nawet znajomymi, gdy przewiduję, że przydatne mi będą informacje na temat moich planów. Z tym, że różnica pomiędzy większością pracujących czy studiujących osób polega na tym, że ja żongluję większą liczbą projektów. Nie jestem mamą i nie muszę pamiętać o wywiadówkach czy urodzinach teściowej, ale poza wszystkimi zajęciami z kursantami indywidualnymi, szkoleniami i kursami językowymi, prowadzę blog po polsku, po angielsku, dwa kanały youtube,regularnie ćwiczę i gdy tylko mogę robię całą masę innych rzeczy. Mam czym zarządzać i mniejszy format zapisu by się po prostu nie sprawdził.

 

ALE! Większość osób ma (przynajmniej zazwyczaj) możliwość rozgraniczenia kilku ról. Jeżeli np. pracujecie na etacie, rzadko zaglądacie na siłownię i nie prowadzicie większych prywatnych projektów, to zwykle wystarczy mały kalendarz lub notes, który, schowany w tylnej kieszeni spodni czy torebce, umożliwi zanotowanie wszystkich sprawunków, które akurat przyjdą do głowy. Bo przecież wszyscy to znamy: sytuacje, w których jesteśmy w trakcie wykonywania jakiegoś ważnego zadania i nagle przypominamy sobie, że musimy coś zrobić / kupić / załatwić. Taki mały notesik efektywnie zapobiega sytuacjom awaryjnym, w których zapomnieliśmy o czymś ważnym.

 

RAZ, A DOBRZE

 

Dla tych z Was, którzy nie mają harmonogramu ani terminarza może wydawać się bezsensem zakładanie takiego jedynie w celu pamiętania o domowych usterkach czy urodzinach bliskich. Tu mogę podsunąć wykorzystywanie telefonu. Sama, poza zastosowaniem wspomnianym w pierwszym akapicie, nie używam telefonu do przechowywania swoich planów, acz kilka osób z mojego środowiska efektywnie wykorzystuje swoje komórki do takich prywatnych spraw. Ta zacna grupka ziomków, zwykle gdzieś w okolicy początku nowego roku kalendarzowego, siada i ze swojego miniaturowego dzienniczka wprowadza do telefonu wszystkie urodziny, imieniny, święta i rocznice oraz alarmy z przypomnieniami. Dzięki temu nie muszą na bieżąco kontrolować jakie imprezy będą wymagać ich uwagi w danym miesiącu. Głowa może być spokojna, bo o wydarzeniach będzie pamiętał telefon.

 

Najważniejsza lekcja na dziś?  
 
Umysł służy do kreowania pomysłów, nie ich przechowywania.
 
David Allen 
 
 
The mind is for having ideas not holding them.
 
 

 

Lepiej zainwestować nieco energii w zbudowanie prostego systemu, niż później tracić ją na gaszenie pożarów spowodowanych zapominalstwem.