To nie moja wina

„Jestem za głupia i niedostatecznie utalentowana.”

„Cały czas popełniam te same błędy.”

„Wypadają mi z głowy najprostsze słówka.”

„Zapominam słownictwa, które kiedyś znałam.”

„Mam słabą pamięć.”

„Nie jestem dość inteligentna.”

„Potrafię budować tylko bardzo proste zdania i wolno się uczę.”

„Cokolwiek tworzę jest słabej jakości.”

„Nie jest dostatecznie dobre.”

Nie wychodzi mi i to MOJA WINA.

 

 

WINA

Według słownika PWN:

1. «czyn naruszający normy postępowania»
2. «odpowiedzialność za zły czyn»
3. «przyczyna, powód czegoś złego»

 LOS NA LOTERII

Prawdziwym powodem, dla którego zostałam modelką, było to, że wygrałam genetyczną loterię. (…)
Otrzymałam spuściznę. Może się zastanawiacie: czym jest spuścizna? Cóż, przez kilka ostatnich stuleci definiowaliśmy piękno nie tylko, jako zdrowie i młodość i symetrię, które podziwiamy, ponieważ tak zostaliśmy zaprogramowani biologicznie, ale również wysoką, smukłą figurę oraz kobiecość i białą skórę. I to jest spuścizna, która została dla mnie zbudowana, i to jest spuścizna, z której czerpię korzyści.
– Cameron Russell
Nie jest naszą winą jeśli rodzimy się z wadą serca. Albo cukrzycą. Albo jesteśmy za niscy, żeby pracować w liniach lotniczych jako steward(essa) czy pilot.

Nie jest naszą winą wzrost powyżej 2 metrów, ani też genetyczna tendencja do choroby nowotworowej.

 

Nie jest nią też, czasem wadliwy, system operacyjny (mózg), którym zostaliśmy obdarzeni. Umysł ludzki jest niesamowitym narzędziem pracy, ale na pewno nie doskonałym. Zapomina. Tworzy mocne połączenia neuronowe nie tam, gdzie byśmy sobie życzyli i nie tworzy ich tam, gdzie byłyby mile widziane. Czasem nie kojarzy faktów lub je ignoruje. Pomija istotne dane i wymaga od nas ciągłych powtórzeń istotnych informacji. Pracuje wolniej, niż byśmy chcieli i nie regeneruje dość szybko. Jest zawodny.

I w takie narzędzie zostaliśmy wyposażeni.Nie mamy żalu do siebie o słabe płuca czy krótkie nogi. To jest „sprzęt”, który został nam przydzielony przy genetycznej loterii. Nie mamy więc wpływu na pakiet potencjału, jaki dostaliśmy, mamy jednak wpływ na to czy go wykorzystamy. A jeśli chcemy zasłużyć sobie na prawo do narzekania na swój los, to przyjmijmy też na swoje barki odpowiedzialność wykorzystywania 100% swoich możliwości.

Gdy więc nadchodzi dzień (lub tydzień, a nawet kilka), gdy myślę, że cokolwiek wychodzi spod moich rąk jest po prostu „słabe” (a zdarza się to bardzo często, ponieważ jestem wyjątkowo krytyczna wobec efektów swojej pracy), staram się praktykować dwie filozofie, które ratują moje zdrowie psychiczne 😀

1)
 'Pierwszy szkic jest zawsze g***niany.’

– Ernest Hemingway

I żeby kiedyś było dobrze, najpierw musi być WIELOKROTNIE do du***y.

 

 

2) W taki system operacyjny zostałam wyposażona. Nie ode mnie zależy jego potencjał, ode mnie tylko zależy czy się zatrzymam czy też będę próbować dalej. Moją winą będzie tylko to, jeśli oleję temat i przestanę się starać. Z całą resztą da się żyć.

BORROW czy LEND?

VIDEO

 

 

Zrozumienie różnicy między BORROW, a LEND nie jest szczególnie trudne.

BORROW używamy, gdy to my pożyczamy coś od kogoś, a LEND, gdy pożyczamy naszą własność KOMUŚ.

Koncepcja nie jest trudna, ale jak zapamiętać co do czego?

Jak zawsze, gdy mam tego typu problem, stosuję mnemotechniki wszelkiej maści. 😉

W tm przypadku zaczynam od słówka BORROW. Buduję zdanie, w którym wspominam o tym, że chcę pożyczyć kilka książek z biblioteki (wszak do tego ona służy, żebyśmy mogli skorzystać z jej zbioru). 😉 Mówię więc, że

I want to borrow a few books.

A teraz zapiszmy to nieco inaczej. 😉

 

I want to
BORROW a few
BOOKS.   😉

BORROW używamy więc, gdy to MY pożyczamy OD KOGOŚ. 🙂

 

LEND będziemy więc stosować, gdy np. oferujemy komuś pomoc.

Załóżmy więc, że ma miejsce taka oto dyskusja:

– I don’t have enough money to pay my rent. (Nie mam dostatecznie dużo pieniędzy, by opłacić czynsz.)

– I can LEND you some. (Mogę ci trochę pożyczyć.)

 

My możemy
BORROW
BOOKS z biblioteki 😉

 

A innym, jeżeli mamy akurat na zbyciu ;p , możemy LEND nieco MONEY. ;D

Jak się wreszcie nauczyć angielskiego?

VIDEO

 

 

 

Gdybym miała stworzyć listę najczęściej zadawanych lektorom pytań, to wspomniane w tytule znalazłoby się na jej szczycie.

Najczęściej towarzyszą mu też powody, dla których jeszcze języka ktoś nie opanował (prawdopodobnie „brak talentu do języków”, „brak czasu” i „starość” będą miały z tym „coś wspólnego”, w każdym razie według rozmówcy).

I, jak zawsze, podkreślam – ja też mam plany, z wdrożeniem których się ociągam i znajduję milion powodów, ażeby ich nie wcielić w życie. Każdego dnia jednak walczę z tą tendencją i do tego samego zachęcam Was.

 

Ostatnio usłyszałam bardzo mądre stwierdzenie:

ALBO MASZ CZAS, ALBO SWOJE WYMÓWKI.

 

Bo przecież gdybym obiecała Wam milion dolarów w zamian za opanowanie języka w 6 miesięcy, coś mi mówi, że wszyscy odkryliby w sobie dotąd niepoznane pokłady energii i talentu językowego. 😀

Stworzyłam więc dla Was listę moich ulubionych metod, technik i zasad nauki języka angielskiego. Niech Wam służą. 😉

 

 

BILECIKI DO KONTROLI

 

Co najbardziej motywuje człowieka do kupna biletu MPK? Wizja kanara kontrolującego bilety (a co za tym idzie, mandatu). 😛

Co najbardziej motywuje kursanta do nauki? Poczucie wstydu przed lektorem (i/lub grupą) spowodowane brakiem zadania lub wiedzy.

Statystyki nie kłamią – źródło negatywnej motywacji (lęk) działa o wiele silniej, aniżeli pozytywnej (chęć osiągnięcia celu).

Nie licz na wewnętrzną motywację, bo się przeliczysz. Licz na systemy, tj. prywatne lekcje czy kurs językowy (najlepiej w malutkiej grupie). Jeżeli nie będzie komu machać nad Tobą przysłowiowym kijem, nie będzie Ci się chciało nawet ruszyć z miejsca.

 

 

 

MÓZG NICZYM CZARNA DZIURA – SŁÓWKA

 

Nie bez powodu mówimy, że umysł małego dziecka chłonie informacje, jak gąbka. Jest on jeszcze niczym nie skażony i nie zanieczyszczony bzdurnymi faktami.

Młodzież i dorośli to zupełnie inna historia. My potrzebujemy skojarzeń i haczyków, wszak

Uczenie się to łączenie nowych informacji ze starymi.

Niezbędny jest więc jakiś łącznik między jednym, a drugim.

Dlatego też gdy chcę opanować nowe słówko, to na 90% wybiorę MNEMOTECHNIKI.

Spojrzę na słówko czy wyrażenie, zastanowię się co przypomina mi jego początek,

np. EQUANIMITY /ˌekwəˈnɪməti/, czyli stan spokoju umysłu w stresującej sytuacji  😉

Słowo zaczyna się od E… myślę więc o mojej mamie, która ma na imię Ela 😉

QUA… – kojarzy mi się z AQUA, czyli z wodą.

Druga część słowa przywodzi mi na myśl słowo „ANONIMOWY”.

I tak tworzę całą historię. Np. Moja mama, Ela, zachowuje spokojny stan umysłu, gdy pije sobie w kącie wodę, nikt jej nie zna i zachowuje swoją anonimowość.

EQUANIMITY.

Absurdalne? I dobrze. To znaczy, że zostanie w mojej głowie na długo. 😉

 

 

 

A CO Z GRAMATYKĄ?

Gramatyka powinna być środkiem do komunikacji, czyli przekazywania informacji. Przyswajanie jej bez przełożenia na praktykę jest tylko zaśmiecaniem sobie umysłu.

Najpierw samodzielnie przyswajając zasady gramatyki, a potem przekazując je dalej moim kursantom, wyrobiłam sobie nawyk załatwiania sprawy w dwóch krokach.

W pierwszej kolejności, o ile to możliwe, używam elementów graficznych, kolorów, rysunków – wszystkiego, co pobudzi wyobraźnię i skutecznie odzwierciedli zagadnienie, które próbuję przyswoić lub pokazać.

Drugi krok to budowanie (i zmuszanie do tego uczniów) wypowiedzi w taki sposób, aby konkretny element gramatyczny został wykorzystany. I jedziemy aż do znudzenia (to jest pełnej automatyzacji 😀 ).

Jeśli więc uczę konkretnego czasu, po zaprezentowaniu zasad, mówimy, mówimy, mówimy… Tak stawiam kursantowi (lub sobie, jeśli sama się uczę) pytania, aby był zmuszony do udzielenia odpowiedzi przy pomocy omawianej struktury.

Musimy „przemielić” jak najwięcej przykładów i przełożyć je na mówienie (uwzględniając przede wszystkim praktyczne i użyteczne przykłady, o ile to nie jest oczywiste). Wszak po to się właśnie uczymy języka – żeby go używać i się komunikować 🙂

 

 

 

W PRZYPADKU CZŁOWIEKA INTELIGENTNEGO RUTYNA JEST OZNAKĄ AMBICJI

 

Cytat autorstwa W.H Auden’a.

Gdyby informacje były rozwiązaniem problemów, wszyscy chodzilibyśmy z 6-pakiem, znali po kilka języków i zakładali własne firmy, które przynosiłyby 6-7-cyfrowy dochód 😛

Problem nie tkwi więc zwykle w tym, że czegoś nie wiemy. Mało tego – w zdecydowanej większości przypadków zdajemy sobie sprawę z tego, co POWINNIŚMY zrobić. Po prostu tego nie robimy, bo to właśnie akcja, nie myśl, jest najtrudniejsza.

Jak zwiększyć swoje szanse na sukces? Zaczynając od wyrobienia sobie małego, bezbolesnego nawyku. Może będzie to aplikacja w telefonie, a może samoprzylepne karteczki na lustrze w łazience. Potrzebujemy czegoś, co sprawi, że proces przyswajania będzie tak automatyczny, jak to tylko możliwe. Zwykle niestety tak bardzo fiksujemy się na „właściwej” metodzie, że nawet nie zaczynamy. Zapominamy o tym, że jeśli mamy znaleźć tą idealną DLA NAS, to odbędzie się to wyłącznie przez próby i błędy. Kluczowe jest więc wyrobienie właściwego nawyku. Potem będziemy mogli go zmodyfikować wedle uznania.

Znów, nie należy polegać na wewnętrznej motywacji.

Najwięksi geniusze świata opierali dzieła swojego życia na rutynach i nawykach. Myślę, że możemy się zgodzić – skoro oni muszą, to my, szaraczki, tym bardziej 😉

 

 

 

POCZUJ TEN DRESZCZYK EMOCJI I MÓW

 

I nie możemy nawet powiedzieć, że nie mamy z kim, bo portali do wymiany językowej jest w tym momencie od cholery.

Wystarczy wpisać w GOOGLE „penpal” czy „language exchange”, zarejestrować się na którejś se stron i zagadać do przypadkowej osoby.

Piękno całości polega m.in. na tym, że jeżeli zaliczymy jakąś wtopę (a to przecież lęk przed błędem i zbłaźnieniem się są głównymi przyczynami bariery), nie będziemy musieli więcej zamienić z tą osobą kolejnego słowa, jeśli takie będzie nasze życzenie.

Pogaduchy z obcokrajowcem z drugiego końca globu mogą nas tak przerażać, że znowu schowamy się w swojej norce i nie wrócimy do angielskiego przez kolejne miesiące. A może warto podejść do tego, jak do ćwiczenia lub przygody i spróbować, choćby jeden raz?

Nie dowiesz się, jeśli nie sprawdzisz. 🙂

 

 

ŻADNYCH WYJĄTKÓW

 

Powiem krótko – żadnych przystanków. Żadnej taryfy ulgowej. Nie oznacza to, że musimy każdego dnia zarzynać przez 2 h kując z fiszek. Jeśli jednak nauka języka nie jest naszą drugą naturą, nie należy pozwalać sobie na dni, gdy nie zwiększymy swojego zasobu słówek choćby o jeden element.

Niektóre z Pań mogą kojarzyć to z regularnymi ćwiczeniami lub dietą 😉 Jak trzymamy się w karbach, dajemy radę. Ale jeśli odpuścimy sobie, choćby na jeden dzień…

 

 

 

 

 

10 sposobów na samodzielną naukę angielskiego

  1. ZMIEŃ JĘZYK W MEDIACH SPOŁECZNOŚCIOWYCH

 

Nie oszukujmy się, wszyscy (lub przynajmniej prawie wszyscy) sięgamy po telefon i mimowolnie sprawdzamy powiadomienia lub scrollujemy w dół tablicy na Facebooku. Ironicznie, prawdopodobnie żadne z Was nie miało problemu ze zrozumieniem użytego przeze mnie słówka „scrollować”, choć jest przecież typowym zapożyczeniem. Skoro więc już przeglądamy, co się dzieje u znajomych, kto się zaręczył, kto jest na urlopie i komu się urodziło dziecko, równie dobrze możemy się „socjalizować” w mediach społecznościowych po angielsku. Albo przynajmniej klikając „SHARE” zamiast „UDOSTĘPNIJ”. 😉

 

  1. ZAINSTALUJ JEDNĄ (GÓRA DWIE!) APLIKACJE DO NAUKI

     

    Dlaczego nie więcej? Ponieważ w chwili gdy przyjdzie do odpalenia apki, nie chcemy tracić czasu na decyzję. Wystarczy, że w życiu codziennym musimy wysyłać dziesiątki smsów i emaili, załatwiać milion drobnych spraw, kończyć projekty do pracy, rejestrować się u lekarza i pamiętać o karmie dla kota. Nie potrzebne nam dodatkowe marnotrawienie energii mentalnej na codzienne wybieranie coraz to nowego oprogramowania. Choć, szczerze mówiąc, to popieram zainstalowanie tylko jednej, nawet nie dwóch. Ograniczajmy zmęczenie decyzyjne.

 

  1. OGLĄDAJ ANGLOJĘZYCZNE SERIALE (Z ANGIELSKIMI NAPISAMI)

     

    Większość osób preferuje polskie napisy, jednak z tą opcją jest pewien problem – w którymś momencie wyłączamy tryb nauki i koncentrujemy się na fabule filmu. W przeciwieństwie do tego scenariusza, angielskie napisy zmuszają nas do całkowitego przejścia na język obcy. Jakby tego było mało, mamy dzięki temu większe szanse na przyswojenie nowych słówek, ponieważ minimalizujemy tendencję mózgu do ignorowania treści, których nie zna. Usłyszane słówko łatwiej umysłowi olać, aniżeli takie, które usłyszy I ZOBACZY w tym samym czasie. Dodatkowym atutem jest praca nad nauką pisowni (która nierzadko u nas kuleje, ponieważ często zapis nie pokrywa się z wymową).

 

  1. ZNAJDŹ PENPALA…

     

    Tego typu strony dają możliwość wymiany wiadomości między ludźmi, którzy chcą poćwiczyć język obcy lub po prostu nauczyć się czegoś o innej kulturze. Ponadto, wybierając Amerykanina czy Brytyjczyka na naszego korespondencyjnego znajomego, poznajemy żywy język i żargon, a nie zasady gramatyki. Uczymy się angielskiego, żeby umieć się nim posługiwać. Róbmy więc z tego narzędzia użytek. 😉

 

  1. … LUB KOGOŚ BLISKIEGO, Z KIM BĘDZIESZ WYMIENIAĆ WIADOMOŚCI PO ANGIELSKU

     

    Może to być koleżanka, korepetytor czy nawet rodzeństwo. I nie chodzi tu o najwyższy możliwy poziom zaawansowania czy pisanie epopei po angielsku, a o wprowadzenie języka obcego do naszej codzienności, jako narzędzia do komunikacji. Nawet takie bzdury, jak „C U tomorrow” zamiast „do zobaczenia jutro” długoterminowo wspomagają przejście na myślenie w obcym języku, ponieważ brzmi on wtedy w naszej głowie bardziej naturalnie.

 

  1.   WYBIERZ 2-3 ANGLOJĘZYCZNYCH YOUTUBERÓW

     

    I tak wchodzimy na youtube. ;p Dziś nawet zagadnienia matematyczne można rozumieć, dzięki kanałom YT. I choć jestem fanką ojczystego języka i networkingu, to mam także kilku wybranych influencerów, których regularnie słucham w wolnych chwilach. Świat staje się globalną wioską, a konsumpcja informacji jest nieunikniona (w końcu mózg domaga się bodźców audio-wizualnych). Róbmy to z głową. 😉 Warto czasem zamienić unboxing gier komputerowych, na krótkiego vloga opisującego dzień. Absurdalne? Nie do końca, ponieważ słowo „tank” (czołg) może się wydać niektórym interesujące, ;p   ale „running errands” (załatwianie sprawunków) jest już praktyczne i użyteczne. 😉

 

  1. I KOMENTUJ ICH FILMY

     

    Zadałam kiedyś kilku kursantom takie właśnie zadanie domowe: wybór dowolnego ulubionego anglojęzycznego youtubera (wszyscy takowego mieli) i napisanie trzech komentarzy pod jej/jego filmami. Nigdy nie sądziłam, że to zadanie może spotkać się tak ogromnym oporem. Lubimy być obserwatorami, nie uczestnikami. Tak jest łatwiej i bezpieczniej. Jednak nie możemy oczekiwać, że będziemy mówić spontanicznie i płynnie w stresujących sytuacjach, jeżeli wcześniej nie będziemy ćwiczyć. Komentarze pod video są krokiem w stronę komunikacji.

 

  1. POŁĄCZ PORANNY RYTUAŁ Z ANGLOJĘZYCZNYM PODCASTEM

     

    Jeden z moich ulubionych sposobów na wplatanie angielskiego w codzienne życie. Gdy podsuwam kursantom takie rozwiązanie, bardzo często spotykam się z niechęcią wywołaną za wysokim poziomem takich podcastów. Można go wybrać! Dobranie materiałów nie stanowi już większego problemu, jeśli tylko wiemy (choćby mniej więcej), czy bliżej nam do Beginner’a czy Intermediate. 😉

Jednym z najlepszych przykładów jest BBC, np.   6-minute English
Wpisanie w wyszukiwarkę „English Intermediate Podcast” naprawdę może dać przyzwoite rezultaty. ;p

 

  1. ZASYPIAJ Z AUDIOBOOKIEM W TLE

     

    Jest to metoda, która spodoba się przede wszystkim fanom zasypiania przed telewizorem. Zasadniczo zaleca się eliminowanie niebieskiego światła na minimum godzinę przed pójściem spać, znam jednak osoby, które bez takiego szumu w tle nie są w stanie się wyłączyć. Osobiście, gdy przepracuję 12-13 godzin i pójdę pobiegać, padam na twarz i nie potrzebuję pomocy takiego „tła”, jednak zdarzają się wyjątkowo stresujące dni, gdy bez względu na psychiczne i fizyczne zmęczenie, mózg jakoś nie chce się zresetować. Wtedy odpalam w tym samym czasie audiobooka oraz dźwięk „Rainy Mood” i po 15 minutach odpływam. Oczywiście, można się kłócić na temat tego ile przyswoimy z tego języka, skoro podczas słuchania mamy zasnąć. ;p Jednak osłuchanie z językiem (nawet jeśli trwa 10 minut) również jest bardzo istotnym elementem nauki języka.

 

  1. GOTUJ Z PRZEPISÓW NAPISANYCH PO ANGIELSKU

Na początku takich, które są już dobrze znane. Dzięki temu nie będziemy mieli problemów z ich zrozumieniem i automatycznie przyporządkujemy „radish” do rzodkiewki, a „a glass of flour” do szklanki mąki. Z czasem możemy podnieść sobie poprzeczkę i poeksperymentować w kuchni. Tylko może przetłumaczmy sobie przepis nim pójdziemy na zakupy. ;p

 

 

 

 

Jedna rzecz, która spowalnia Twoją naukę języka

– Ok, w takim razie do której kategorii należy to zdanie?
– Do pierwszej.
– A to?
– Też.
– To?
– Do drugiej.
– Super. To mamy już poukładane.

 

Moja nowa kursantka ewidentnie chce coś powiedzieć, choć widać, że ma opory.

 

– Hm…

 

– No, co tam? – mówię mając nadzieję, że moja mina ją zachęci. Nie jestem pewna jaki mam wyraz twarzy, bo od kilku dni jeden z moich zębów domaga się uwagi, a ja twardo usiłuję dotrwać do poniedziałku, by odwiedzić dentystę.

 

– Czuję się zażenowana, że mam braki w podstawach.

 

– Niepotrzebnie. Każdego nowego kursanta informuję na początku i Ty nie będziesz wyjątkiem – nie będę od Was wymagać niczego, czego sama Was nie nauczyłam. Wszyscy mają zaległości, WSZYSCY. I z wszystkimi zaczynam w tym samym miejscu, od podstaw, bez względu na poziom, bo u każdego znajdą się jakieś luki. Moim zadaniem jest je znaleźć i załatać, a nie oceniać za nie Ciebie. A nie oceniam za nie Ciebie dlatego, ponieważ nie wiem jak i dlaczego w ogóle powstały. Mogłaś, na przykład, mieć kijowych nauczycieli. A może nikt nie nauczył Cię JAK się uczyć i nie pokazał właściwych technik efektywnej nauki. System mamy felerny, niestety. Oczywiście mogło też być tak, że sama zaniedbałaś naukę, zdarza się, ale nie po to do mnie przyszłaś, żebyśmy szukały kto wcześniej zawinił. Mamy Cię skutecznie nauczyć angielskiego w możliwie najmniej bolesny sposób. W moim odczuciu, naukę zaczynasz w tej chwili, a to, co już wiesz, to tylko bonus.

 

Myślenie „powinnam już to znać” nie ma najmniejszego sensu i tylko przeszkadza. Wymaganie od siebie, że wszystko będzie śmigać, to co najwyżej znęcanie się nad sobą. I nie oczekuj od swojego umysłu, że od razu wszystko zapamięta. A już na pewno nie dochodź do wniosku, że jeśli coś Ci umknie, to masz słabą pamięć. Mózg, jak każdy narząd, ma swoje ograniczenia. W końcu ja nie oczekuję od swojego Peugeota, że w 5 sekund rozpędzi się do 70 km/h, bo nie tak został skonstruowany. I nie chodzi o to, aby oceniać się jako bardziej lub mniej inteligentną, a o znalezienie technik, które na Ciebie działają i wykorzystywanie ich w dalszym rozwoju.

 




 

Odkąd sięgam pamięcią, ucząc się czegoś, zawsze miałam z tyłu głowy lęk przed tym, że coś pominę, czegoś nie zrozumiem czy zaniedbam i zostanę na tym nakryta. Mogłabym podziękować za niego co najmniej kilku osobom (większość z nich mnie uczyła). W końcu nikt nie lubi robić z siebie idioty, a wzmacnianie takiego strachu po prostu nie może nam wyjść na dobre. Oczywiście, wszyscy go mamy, bez względu na doświadczenia. Być może, jak ja, nauczyciel upokorzył Was przy całej klasie i pastwił się, gdy tylko znalazł lukę w (rzekomo) elementarnej wiedzy. A może po prostu, jak każdy człowiek, znacie swoje wady i boicie się, że zalety nie są wystarczające, żeby je zrekompensować. 

 

Jednym z największych przełomów w moim rozwoju osobistym było przyswojenie filozofii „mam prawo nie wiedzieć”. 🙂 I, idąc tym tropem o krok dalej, mam też prawo zapytać.

 

Tak jak ja nie znam przyczyn zaległości moich kursantów, tak i w różnych możliwych sytuacjach moi rozmówcy nie znają zakresu mojej wiedzy (i dlaczego jest taki, a nie inny). Kiedy znajdę się więc w sytuacji, gdy moje kompetencje okażą się niewystarczające, a temat mnie ciekawi lub jest użyteczny, pytam. Mam prawo nie wiedzieć. A ciekawa ze mnie bestia, więc chcę to zmienić i, jeśli kiedykolwiek będę w podobnym położeniu, będę mogła powiedzieć – miałam z tym styczność, wiem, rozumiem, nauczyłam się, opanowałam. Nie próbowałam zawstydzona ukryć swojej niewiedzy za wszelką cenę. ZAPYTAŁAM.