Jak się uczyć słówek tak, by je pamiętać na stałe :)

DAWNO, DAWNO TEMU…

 

W odległej krainie zwanej „Dziki Świat XXI Wieku” istniały dwa rodzaje umysłów. Pierwszy przypominał czystą niezapisaną kartkę papieru. Promieniał świeżością, był otwarty na nowe wiadomości i doświadczenia oraz nie był niczym skażony. Był to umysł dziecka.

 

 

Drugi zaś, pomimo życiowego doświadczenia i (teoretycznie) wiedzy, miał ogromne trudności w wyborze rzeczy ważnych. Rano łatwo ulegał pokusie sprawdzania mediów społecznościowych czy poczty email i kochał bycie „zajętym” (co rzadko kiedy było związane ze sprawami prawdziwie istotnymi). Był tak zagracony zbędnymi informacjami, że dołożenie czegokolwiek do tego stosu graniczyło z cudem. Do tego stopnia był bombardowany ogromem informacji, że nauczył się je w naturalny sposób ignorować. Jego wszystkie mechanizmy obronne nie były jednak dostatecznie efektywny i bardzo często doświadczał „przeładowania” (tzw. work overload, nazywanego również przepracowaniem). Tylko, że to przepracowanie nie zawsze było faktycznym przepracowaniem. Bardzo często polegało bowiem na konsumpcji zbędnych informacji, przez co w drugiej połowie dnia nie pozostawało mu już za dużo energii na zgromadzenie tych użytecznych.

 

 

Od czasu do czasu drugi rodzaj umysłu podejmował próbę dorzucenia do stosu wartościowych elementów. Nie był on zbyt świadom panujących w nim zasad, więc nie przywiązywał do nich żadnych sznurków, by móc je później ze stosu wyciągnąć. I tak wszystkie te informacje gubiły się gdzieś  pod stertą tak zwanego „wszystkiego”. Był to umysł osoby dorosłej.

 

 

 

NAUCZ SIĘ ŁOWIĆ RYBY

 

Najprawdopodobniej jesteś gdzieś między 18 a 35 rokiem życia, a to oznacza, że Twoje życie jest pełne różnego rodzaju nadmiaru i przypomina ten drugi rodzaj umysłu. Niestety, to już nie te czasy, że się motyle 4LITERAMI łapało, trzeba więc mózgowi pomóc. ;P Wiedz, że tonie on w pokładach wiadomości i żeby dorzucić do stosu jakąkolwiek informację, musisz doczepić do niej haczyk, który później pozwoli na jej wyciągnięcie.

Skąd to wiem? Bo jak tępak chodziłam przez kilka lat po pokoju i próbowałam powtarzać na głos słówka w różnych językach obcych, a potem dziwiłam się, że nie przynosiło to żadnych rezultatów.

Powtórzę się: zapamiętujemy to, co kolorowe, nietypowe, zabawne, charakterystyczne, pełne ruchu, a nierzadko i wulgarne. 😛 Nie wiedzieć czemu, gdy w historyjce pojawi się np. słowo „dupa”, nikt nie ma trudności w jej zapamiętaniu. 😛

Moja pointa: jeżeli nie stworzysz skojarzenia, masz bardzo małe szanse na przyswojenie, a później długoterminowe pamiętanie słownictwa. Przypomina to wciąganie obiektów odkurzaczem – niby wiesz, że tam jest, ale powodzenia ze znalezieniem.

 

 

MNEMOTECHNIKI

 

Czyli moja najukochańsza metoda przyswajania wiedzy. Są to systemy i techniki wspomagające zapamiętywanie. Im bardziej absurdalne, tym lepsze.

 

Załóżmy więc, że chcemy nauczyć się słówka CONDITION /kondyszyn/, czyli WARUNEK.

Jeżeli go nie znasz, to tym lepiej.

Dla mnie wymowa /kondyszyn/ brzmi jak „koń dyszy”. Tworzę więc z tego niestworzoną historyjkę, której mój umysł dotąd nie znał.

KOŃ DYSZY POD WARUNKIEM, ŻE SIĘ ZMĘCZY.  😀

Jak zawsze, uprasza się o nie kwestionowanie zdrowia psychicznego autorki. 😛

                        I na koniec wspomagam cały proces żywym obrazem.

Osobiście, zdecydowanie wolę odręczne rysunki, ponieważ łączą w sobie element motoryki, bardziej pobudzają wyobraźnię i są przede wszystkim WŁASNE ==> EFEKTYWNIEJSZE, ale nie załączę tu swoich bazgrołów, bo to by już było za dużo radości na jeden artykuł. 😛

 

Skojarzenie działa dzięki kilku elementom:

– tworzy „haczyk”, dzięki któremu później wyciągniemy słówko z czeluści umysłu,

– jest historyjką, którą możemy sobie wyobrazić, a nie pojedynczym słowem (–> wprowadza ruch),

– nasz umysł dotąd takiej dziwnej historyjki nie znał, więc jest ona dla niego unikatowa.

*** Dlatego też im „dziksze” skojarzenia, tym lepsze – większe szanse na przyłączenie ich do pamięci długoterminowej. W przeciwnym razie, mogą one trafić do tego nieszczęsnego odkurzacza, z którego ich potem nie wyciągniemy.

 

Inny przykład. Wielu początkującym kursantom sprawia problem zautomatyzowanie rozróżnienia „he” i „she” (czyli „on” i „ona”).

HE /hi/ – ON

Sprawdzam z czym mi się kojarzy „he” lub wymowa /hi/. Wymowa automatycznie przywodzi na myśl śmiech. Wiem, zdaję sobie sprawę, że są to wyżyny kreatywności, ale cicho, sza! 😉 😛

  • Moja mnemotechnika będzie więc wyglądać następująco:HI, HI, HI!!!
    I ostatnia kwestia: regularnie spotykam się z oporem, ponieważ „tworzenie takich skojarzeń zajmuje dużo czasu”. Po pierwsze, jak wszystko, wymaga nieco praktyki, ale potem proces jest o wiele krótszy i bardziej automatyczny. Po drugie, w przypadku większości dorosłych łopatologiczne powtarzanie słówek (w głowie czy na głos) jest po prostu NIEEFEKTYWNE. Wolisz poświęcić 30-60 sekund na stworzenie śmiesznej historyjki, która umożliwi FAKTYCZNE ZAPAMIĘTANIE nowego słowa, czy może lepiej jest powtarzać kilka-kilkanaście razy na głos mając MOŻE 50% szans na zapamiętanie (i stracić przy okazji 2-3 razy więcej czasu przez większą ilość powtórek) ?

 

Zarządzasz 4 walutami, nawet jeśli o tym nie wiesz

PIENIĄDZE

 

Gdy ćwiczę z kursantami tryby warunkowe, uwielbiam obserwować ich konsternację następującą po tym pytaniu: gdybyś mógł kupić 3 dowolne FIZYCZNE rzeczy, co byś kupił? Wszyscy wymieniają oczywiście domy i samochody. Tylko, że wybór mieszkania wiąże się zwykle z poczuciem bezpieczeństwa (–>mamy gdzie mieszkać) a samochód z komfortem dojazdu do pracy. Gdy te dwie opcje zejdą nam z drogi, baraniejemy i nie wiemy co powiedzieć. Dopiero w takich chwilach widać czarno na białym, że fizyczne rzeczy większego kalibru nie dają nam znaczącej frajdy, w każdym razie nie długoterminowej.

 

Pieniądze dają „szczęście” gdy oznaczają wolność, elastyczność, wybór i spokój ducha. Nie potrzebujemy ich, by kupować apartamenty, a żeby kłaść się z poczuciem, że rachunki będą zapłacone i stać nas na dentystę.

 

 

 

CZAS

 

Mawiają, że czas jest ważniejszy od pieniędzy, ponieważ kasy można zawsze zdobyć więcej, a czasu nie. Wspominałam już o tym – w pewnym okresie życia zapędziłam samą siebie w kozi róg, pracowałam non stop, miałam więcej kasy, niż potrzebowałam, a czasu NI HU HU. Najprostsza droga do tego, żeby znienawidzić własne życie i zakochać się w swojej poduszce. Nic nam po pieniądzach, jeśli nie będziemy mieli czasu, ani ochoty ich wydawać. Rodzina też szczęśliwa nie będzie, bo zielone dowody miłości rzadko kiedy się sprawdzają. W każdym razie nie na dłuższą metę.

 

 

 

ENERGIA

 

Śmiem twierdzić, że najczęściej przeoczana waluta w życiu człowieka. Jeszcze gdzieś tak do 25 roku życia jest ok. Chodzimy na imprezy, wykłady, pracujemy, zarywamy noce, rano strzelamy sobie dwie mocne kawy i jedziemy dalej. Prawdziwa frajda zaczyna się potem 😛 Gdy ciało domaga się 6-7 godzin snu (alternatywą jest „dzień żywych trupów”), głowa przestaje tak dobrze tolerować alkohol, żołądek śmieciowe jedzenia i zdobywamy doświadczenie z pierwszej ręki na temat problemów z ciśnieniem. Czysta przyjemność 😛 Można więc mieć czas i pieniądze, ale będą one bez znaczenia, jeśli nie będziemy mieć siły, by wstać rano z łóżka. 

 

 

 

UWAGA/KONCENTRACJA

 

I z drugiej strony: mogę być wyspana, mieć w sobie pokłady niewykorzystanej energii, nie narzekać na brak kasy, mieć akurat dzień wolnego… i nadal ignorować siedzącą naprzeciw przyjaciółkę. Co mi się nie zdarza 😛 Ale czysto teoretycznie może 😛 Ta waluta sprowadza się do panowania nad własnym umysłem – na czym się koncentrujesz i gdzie kierujesz swoją uwagę. Osobiście byłam mistrzynią w unieszczęśliwianiu się przez „bycie w dwóch miejscach w  tym samym czasie” – fizycznie w jednym, a myślami w drugim. Ćwiczenie koncentracji i trening uważności pomogły, jednak wiem, że mnie osobiście tego nawyku prawdopodobnie nigdy nie uda mi się wyeliminować i zawsze będę musiała uważać gdzie jest mój punkt skupienia, zwłaszcza gdy chodzi o spędzanie czasu z bliskimi.

 

 

 

Nauka angielskiego dla nieśmiałych #3

MUSCLE MEMORY, CZYLI PAMIĘĆ PROCEDURALNA 

 

Każdy, kto uczył się jakiejś czynności motorycznej, np. jazdy na łyżwach, skakania na skakance czy nawet jazdy samochodem, doświadczył w życiu działania pamięci proceduralnej. Jej zadaniem jest automatyzacja procesu do tego stopnia, że mięśnie wydają się same pracować bez naszej wiedzy czy intencji. Podczas jazdy na rolkach czy łyżwach, po pewnym czasie nie zastanawiamy się już „lewa, prawa, lewa prawa, pochylaj się do przodu, nogi ugięte w kolanach…”. Po pewnej dozie ćwiczeń (u mnie była ona spora :D), wykonujemy sekwencję naturalnie i bez zastanowienia. Gdy prowadzimy samochód i na przejście dla pieszych wchodzi przechodzień, nie musimy myśleć o hamowaniu, noga sama intuicyjnie ląduje na właściwym pedale. To jest właśnie pamięć proceduralna, inaczej nazywana pamięcią ruchową (którą ja poznałam z j. ang. jako „muscle memory”). 

Jak to się ma do nauki języka i walki z nieśmiałością? Otóż musicie przyzwyczaić CAŁE swoje ciało do konwersacji i wypowiadania się na głos. Powtarzanie słownictwa po cichu lub w myślach nie wystarczy. Do tego zalecam nagrywanie się co jakiś czas i po kilku miesiącach pracy odsłuchiwanie nagrań. Nikt nie lubi brzmienia własnego głosu i na początku czujemy się BARDZO niekomfortowo gadając w próżnię. Odtwarzanie jest jeszcze bardziej traumatyczne 😀 ale wierzę w metodę małych kroczków, a mówienie do siebie jest czymś pomiędzy milczeniem, a konwersacją z drugim człowiekiem. Bo niby jak chcecie znaleźć odwagę na rozmowę z Brytyjczykiem, skoro nie chcecie przełamać strachu rozmawiania ze sobą? 😉

 

POSTĘP PONAD PERFEKCJĘ

Jakie wyrażenie powinno zostać całkowicie wyeliminowane z naszego słownika, gdy się rozwijamy? „W porównaniu do osoby XYZ”. W rozmowach z innymi, gdy próbujemy zmierzyć gdzie znajdują się nasze umiejętności, przyjmujemy poziom kompana za punkt odniesienia, a z tego nie może wyniknąć nic pozytywnego. Gdy Twój rozmówca włada językiem o wiele lepiej, jesteś „debilem”. Gdy to TY odznaczasz się większą płynnością, stwierdzasz, że nie jest z Tobą jeszcze aż tak źle i to on jest słaby z angielskiego. 

 

Jest takie powiedzenie w języku angielskim
Comparison is the killer of joy.
W wolnym tłumaczeniu:
 
Porównywanie jest złodziejem radości.
I z przykrością stwierdzam, że ta tendencja porównywania się do innych dotyczy wszystkich dziedzin życia. Żyjemy w społeczeństwie i czasach, gdzie to facebook informuje nas o tym „jakie zajebiste życie mają inni”. I choć wszyscy wiemy, że to jedna wielka lipa, pic na wodę, fotomontaż, to wciąż dajemy się nabrać. Nie ważne, że tydzień temu widzieliście znajomą, która była zdołowana i nienawidziła swojej roboty, skoro dziś wrzuciła fotkę z ciepłych krajów (gdzie spędzi zaledwie tydzień, góra dwa, a rok ma ich 52, ale o tym zapominamy :P).

 

Na nasze nieszczęście, z nauką języka robimy to samo. Oceniamy się przyjmując cudzą skalę i to pod każdym względem: jak płynnie mówią, ile popełniają błędów gramatycznych, jak wyszukanym słownictwem szastają, itd. Spotkałam się też z kursantką, która oceniała jak dużo potrafiła zapamiętać z zajęć porównując się do koleżanki z grupy. Po pierwsze, nawet jeśli kolega obok zapamiętuje ciut szybciej, nie znaczy to, że Wy nie możecie tego zapamiętać. Po drugie, kursantka ta, raz za razem, odpływała myśląc a to o obiedzie,a  to o weekendzie, a jej koleżanka poświęcała temu, co mówiłam 100% swojej uwagi.

 

Reasumując, jedyna osoba, do której powinniśmy się porównywać, jest naszym lustrzanym odbiciem dnia wczorajszego. Nie musisz mówić po angielsku lepiej od kolegi z grupy. Nawet jeśli jest to zaledwie 1% lepiej od samego siebie sprzed tygodnia, idziesz w dobrą stronę 😉

Nauka angielskiego dla nieśmiałych #2

KONTEKST MA ZNACZENIE

 

Miałam w życiu ogromne szczęście do dobrych nauczycieli języka angielskiego. W gimnazjum Pani Aneta, choć cicha i niepozorna, była bardzo wymagająca i konkretna. Pani Basia (nota bene, moja wychowawczyni w liceum), ewidentnie lubiła swoją pracę. Typ człowieka z jejem, który potrafi podejść z humorem do swoich zajęć, ale również kładzie nacisk na praktyczny aspekt nauki. Pan Jurek, z którym niestety nigdy nie będzie mi już dane wymienić paru docinek, był chodzącym uosobieniem sarkazmu i czarnego humoru, ale bardzo go za to z bratem lubiliśmy – był moim korepetytorem przez 12 lat. Pamiętam jednak niektórych nauczycieli z innych przedmiotów (również na studiach), którzy bardzo skutecznie mnie do nich zniechęcili i sprawiali, że głos zamierał mi w gardle. Dziś, po paru latach budowania swojej samooceny i pewności siebie, na ich upokarzające komentarze odpowiedziałabym zupełnie inaczej. Mam jednak szczątkowe ilości przyzwoitość 😛 , żeby zachować ich nazwiska dla siebie.

 

Moja pointa – wiem jak bardzo jedna osoba potrafi wpłynąć na naszą zdolność do nauki i wysławiania się. Poznałam na własnym przykładzie jak bardzo człowiek może się jąkać podczas rozmowy z wykładowcą, gdy tamten na każdym kroku podkreśla swoją „wyższość”. Wyczulam więc wszystkich razem i każdego z osobna – jeśli tylko macie na to wpływ, bardzo uważajcie na to, kto Was uczy! Wiem, często nie mamy w tej kwestii nic do powiedzenia. W takich sytuacjach jednak niezmiernie ważna jest świadomość, że człowiek poniżający uczniów, nie powinien w ogóle pracować w szkole czy na uniwerku, a jego komentarze i opinie w żaden sposób nie określają Waszego intelektu czy wartości!

 

Spotkałam w życiu wielu bystrych kursantów, którzy cierpieli  powodu bariery językowej nie dlatego, że nie radzili sobie z językiem per se. Po prostu nie trafili dotychczas na lektora/nauczyciela, który pomógłby im ją przełamać. MEGA istotne jest, aby kursant/uczeń czuł się swobodnie na zajęciach i nie bał popełniania błędów. Jeśli ktoś ma utarte błędne nawyki czy schematy, jedynym sposobem na ich korektę, jest ich zidentyfikowanie. Do takich poprawek nie dojdzie, jeśli nie będziecie mówić, a nie będziecie mówić, jeśli będziecie się bać. Respekt jest wskazany, owszem. W przeciwnym razie nie zdyscyplinujecie się do pracy i zaczniecie odpuszczać zadania domowe wiedząc, że nie czekają Waz z tego tytułu z poważniejsze konsekwencje. Jest jednak ogromna różnica, między zastraszaniem kogoś, popisywaniem się i upokarzaniem, a pomocą i oczekiwaniami wynikającymi z tego, że Wasz nauczyciel w Was wierzy.

 

PARĘ SŁÓW O AFIRMACJACH (PODOBNO DZIAŁAJĄ :P)

 

Pamiętam jeden z wykładów Tony’ego Robbins’a, w którym opowiadał o afirmacjach. Z tematem spotkałam się wielokrotnie, za każdym razem jednak podchodziłam do sprawy z OGROMNYM dystansem. Nie widzę po prostu jak chodzenie w kółko po awanturze z bliską osobą i powtarzanie „I’m happy, I’m happy, I’m happy, I’m happy!”, ma mi pomóc poradzić sobie w gniewem. Wolę po prostu powiedzieć głośno, że mam ochotę komuś przyłożyć, proszę więc, żeby zostawić mnie na jakiś czas w spokoju i w celu pozbycia się nadmiaru adrenaliny – idę pobiegać 😛

 

Nie mogę jednak zaprzeczyć, że widzę pewne różnice w swoim samopoczuciu, gdy kontroluję się (lub nie) w tym, w jaki sposób prowadzę swój wewnętrzny monolog. Odkąd pamiętam zwykłam być dla siebie najsurowszym krytykiem. Gdy popełniałam najdrobniejszy błąd, wyzywałam się w duchu od idiotek. Kiedy czułam się zmęczona lub chora, zmuszałam się do pracy rzucając w myślach kilka epitetów dotyczących swojej „słabości”. Chcemy czy nie, tworzymy w swoich głowach swoiste środowisko, w którym tylko my „mieszkamy” i działa ono na bardzo podobnych zasadach, jak to zewnętrzne. Przebywając z jazgoczącymi zgredami, koniec końców, sami staniemy się zgorzkniali. Z drugiej jednak strony, humor wyraźnie nam się poprawi, gdy spotkamy na swojej drodze kogoś pozytywnego. Czy wierzę w afirmacje? Nie. Sądzę jednak, że każdy powinien uważać jak surowo traktuje samego siebie (lub, gdy sobie pofolgujemy, czy potrafimy się trzymać w ryzach). Stawianie sobie wysoko poprzeczki jest jak najbardziej wskazane i to pochwalam 😉 Jednak bycie swoim własnym tłamszącym tyranem nikomu jeszcze nie pomogło. 

 

Nauka angielskiego dla nieśmiałych

POCHODZENIE NIEŚMIAŁOŚCI Z NAUKOWEJ PERSPEKTYWY
Trudno jednoznacznie ustalić, skąd bierze się nieśmiałość. Wielu psychologów skłania się ku przekonaniu, że odpowiedzialne za nią jest wyłącznie wychowanie. Niektórzy jednak udowadniają, iż istnieje coś takiego jak gen nieśmiałości, co w połączeniu z zestresowanymi rodzicami daje w konsekwencji reakcje nadmiernej lękliwości dziecka w sytuacji ekspozycji społecznej.
Lidia Głowacka-Michejda, Cała prawda o nauce języka angielskiego 
Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak wpływają na ludzki charakter takie czynniki, jak wychowanie, geny, a jaka część zależy od nas samych? Kilkakrotnie spotkałam się z badaniami, według których ok. 40 % naszej osobowości stanowi genetyka. Pewnie zauważacie to na własnym przykładzie. W rodzinie ukierunkowanej na intelekt rzadziej się spotka sportowca i vice versa. Osobiście wiem, że brak cierpliwości i ognisty temperament (delikatnie ujmując) zawdzięczam w znacznej mierze właśnie takiej „spuściźnie” (dzięki, tato, super prezent :P). Ile więc z całej reszty stanowi wychowanie? Pewnie większość z Was bardziej zasmuci, aniżeli ucieszy fakt, że wkład rodzicielski, to nawet 50% osobowości. Niektórzy uważają, że więcej, a my sami mamy guzik do powiedzenia i jesteśmy jedynie sumą tych dwóch składowych. Stąd mamy dwie drogi. Pierwsza, to uznać, że skoro urodziliśmy się nieśmiałkami i statystyki są przeciw nam, to nie ma sensu walczyć z „przeznaczeniem”. Nie podoba mi się to 😛

 

WIEM SWOJE

 

Osobiście wolę bramkę numer dwa, w której skrzętnie pracuję nad swoją filozofią „nieśmiałość jest oznaką kompleksów, a kompleksy mamy wszyscy, nawet jeśli nie wszyscy o nich mówimy” 😀 Niechęć przed rozmową z drugim człowiekiem zwykle wynika z obawy przed ośmieszeniem, a tego boi się każdy. Choć niektórzy potrafią okłamywać środowisko, a nawet samych siebie, że jest inaczej. Jesteśmy zwierzętami stadnymi, potrzebujemy innych ludzi, żeby funkcjonować i się rozwijać.

 

W latach 40-stych przeprowadzono eksperyment. Amerykanie postanowili sprawdzić jaka byłaby reakcja noworodków, gdyby zaspokoić ich wszystkie podstawowe fizjologiczne potrzeby bez okazywania im jakichkolwiek uczuć. Dwadzieścioro dzieci otrzymywało żywność, było kąpane, przewijane i przetrzymywane w sterylnych warunkach, ażeby uniknąć infekcji. W wyniku eksperymentu połowa dzieci zmarła i przerwano go po 4 miesiącach. Potrzebujemy, i to fizycznie, akceptacji i miłości drugiego człowieka, ażeby przeżyć. Nic więc dziwnego, że panicznie boimy się odrzucenia. I to wszyscy. U ludzi nieśmiałych ten lęk jest po prostu wzmożony, co za tym idzie bardziej widoczny dla osób trzecich. Ten jeden raz pokuszę się o pompatyczne stwierdzenie: jeśli więc boisz się oceny innych, to nie dlatego, że jesteś tchórzem, tylko dlatego, że jesteś normalnym, zdrowo myślącym człowiekiem. Powtórzę więc: każdy się boi, nie każdy się do tego przyznaje.

 

3 X P

 

Czyli z angielskiego „Pain and Pleasure Principle” – zasada bólu i przyjemności.
Według Wikipedii
Zasada przyjemności, to zasada, którą kieruje się nieświadoma część osobowości – id. Gdy dochodzi do stanów napięcia i wzrasta poziom stymulacji, id usiłuje przywrócić organizmowi niski poziom energii – uniknąć przykrości i uzyskać przyjemność. 
 
A tak na ludzki język przekładając, to wolimy wybrać ciepłe kapcie, piżamy anty-gwałty (dziewczyny, żadna mi nie wmówi, że takich nie posiadacie :P) i pizzę, które dostarczą nam przyjemność, aniżeli spotkanie towarzyskie na imprezie, na której praktycznie nikogo nie znamy, gdzie będziemy w cholerę zestresowani i wrócimy do domu wkurzeni na siebie, że straciliśmy tylko czas w kącie zbierając się na odwagę (lub nie), żeby do kogoś zagadać. Wszystko, co robimy w życiu jest podyktowane tymi dwoma odczuciami: uciekamy od złego i dążymy do przyjemnego. Kruczek tkwi w tym, żeby zminimalizować przykrość i zwiększyć pozytywne odczucia związane z nawiązywaniem nowych znajomości. I nad tym, między innymi, będziemy pracować 😉

Co robić, gdy nie mam talentu do języków? #3

ŚMIECH NA SALI, A TAK W OGÓLE, TO Z CZYM DO LUDZI?

 

Niech nam to zejdzie z drogi. Prawdopodobnie częściej podświadomie, aniżeli świadomie, narzucamy sobie standard, według którego, jeżeli chcemy dobrze mówić po angielsku, powinniśmy brzmieć jak rodowici Brytyjczycy czy Amerykanie. Kto tak twierdzi?! Sama uczyłam ludzi, którzy byli daleko od czegoś, co powszechnie jest uważane za „płynność językową”, ale potrafili bardzo dobrze się komunikować i mimo pewnych braków w słownictwie czy znajomości gramatyki, szczerze komplementowałam ich angielski. Niepotrzebnie podnosimy sobie poprzeczkę do poziomu, który do niczego tak naprawdę nie jest nam potrzebny. Boimy się, że ktoś wyłapie nasze błędy, uzna nasz akcent za zabawny, itp., itd. A oto moment oświecenia – jeśli będziecie mówić jak „nejtiw spikerzy”, są spore szanse, że i tak ktoś się będzie z Was nabijał 😛 Sama ostatnio zaliczyłam takie doświadczenie :>

 

KTO BY POMYŚLAŁ: TAYLOR SWIFT MIAŁA RACJĘ

 

Idąc na studiach pracowałam nad tym, aby mieć akcent brytyjski, a właściwie to RP, czyli Received Pronunciation (Zwany też BBC English :D), akcent standardowego języka angielskiego używanego w Anglii. I formalnie tego akcentu powinnam uczyć, choć często trzeba dryfować w stronę amerykańskiego, ponieważ brytyjski jest zbyt trudno do zrozumienia i to nie tylko na początku nauki. Z czasem zauważyłam, że sama zaczęłam mówić używając tego ostatniego i nie za bardzo mi się to podobało. Postanowiłam więc się pilnować i świadomie prowadzić zajęcia na wyższych poziomach używając brytyjskiego. I nigdy nie sądziłam, że dorosły mężczyzna w granicach 40-stki będzie miał tyyyyyyle frajdy przedrzeźniając mnie powtarzając w kółko słowo „jogeeeet” (–> jogurt). Bez względu na to czy powiecie coś używając polskiego, amerykańskiego, brytyjskiego czy cholera jedna wie, jakiego innego akcentu – jak ktoś zechce znaleźć powód, do głupich komentarzy, to i tak go znajdzie 😛

 

Cause the players gonna play, play, play, play, play
And the haters gonna hate, hate, hate, hate, hate
Taylor Swift, Shake It Off
TERMINATOR I SEKSOWNY KOT W BUTACH 

 

Kojarzycie ten charakterystyczny twardy akcent Arnolda Schwarzeneggera? Niby minęły dekady odkąd facet się wybił (co nastąpiło prawdopodobnie gdzieś między Conanem Barbarzyńcą, 1982, a Terminatorem, 1984) i wydawałoby się, że po tak długim czasie powinien być w stanie nauczyć się mówić jak Amerykanie, yes? Tak się składa, że potrafi 🙂 Słuchając ostatnio jego rozmowy z Tim’em Ferriss’em dowiedziałam się, że kiedyś chodził nawet na zajęcia poświęcone eliminacji akcentu. Okazuje się jednak, że, wbrew pozorom, nie jest to faktyczny cel tych lekcji. Nie chodzi o pozbycie się akcentu samego w sobie, a wszelkich elementów mu towarzyszących, które utrudniają komunikację. Podobnie sprawa miała się z Arianną Huffington, założycielką Huffington Post. I czy ktoś z Was wyobraża sobie Antonio Banderasa, niezapomnianego Kota w Butach ze Shreka, bez jego „RRRRRRRR”? 😉

 

Nie musicie mówić jak nativi, bo zdecydowanej większości nas nie jest to do niczego potrzebne. Ja rzekomo mówię, a i tak dostaję z tego tytułu po du**ie ;p Tak długo, jak środowisko Was rozumie, gdy używacie angielskiego, JEST NAPRAWDĘ OK!!! 🙂 Jestem zdania, że powinniśmy słuchać wypowiedzi w różnych akcentach, ponieważ nigdy nie wiemy z kim będzie nam dane rozmawiać. Jednak jeśli chodzi o Wasze wypowiedzi rodem z UK z USA czy skądkolwiek indziej – poluzujcie gumkę w majtkach, nie musi być taka idealna 😉

 

Wymówka, żeby się nie uczyć angielskiego, bo i tak nigdy nie będę mówić jak native speaker.

Co robić, gdy nie mam talentu do języków #1

DAWNO, DAWNO TEMU…

 
Siedziałam na podłodze wynajmowanego pokoju i myślałam o tym, jakim jestem beztalenciem. Wspominałam z rozżaleniem poprzedni rok, w trakcie którego przygotowałam się do matury i stwierdziłam, że wyczerpałam już swoje możliwości intelektualne. Nie mogłam się już więcej uczyć, fizycznie było to po prostu niewykonalne. Jak w takim razie miałam wygramolić się z tego dołka pierwszego roku studiów anglistycznych, na początku którego ledwo (jeśli w ogóle) zdawałam kolokwia?

Natura obdarzyła mnie jednak dwiema cechami, które równie często wyciągały mnie z tarapatów, co w nie wpakowywała: tendencję do pyskowania i upór w dążeniu do celu.

O ile z pierwszego w okresie studiów nie korzystałam, o tyle drugie podpowiedziało, że skoro efekty mnie nie zadawalają, należy zmienić technikę. Dziś wiem, że nie mogłam osiągać lepszych wyników, ponieważ metody, które stosowałam były felerne.

Jak to ujął jeden z moich ulubionych autorów, Tim Ferriss: nie ważne jak dobrym jesteś kucharzem, jeśli przepis jest do bani.
 

Jest to fragment tekstu, który napisałam na stronę sprzedażową swojej książki. Z okresu przed studiami nie pamiętam nic poza nauką i zarwany nocami. Przed oczami mam żywy obraz siebie stojącej na chodniku obok domu z saszetką płatków śniadaniowych w jednej ręce (nie było czasu na nic konkretniejszego) i książką w drugiej (każda minuta była wtedy spożytkowana na naukę). Czekałam na tatę, który miał mnie podwieźć na koleje korepetycje. Wtedy prawie codziennie miałam jakieś dodatkowe lekcje, żeby zdać maturę.

 
Anglistyka nie była oczywistym wyborem. Tak naprawdę była „jedynym możliwym” i nie dlatego, że byłam taka zaj***sta, ale dlatego, że byłam bardzo przeciętna z pozostałych przedmiotów. Historyczka mnie nie trawiła, matmę lubiłam, ale było mi BARDZO daleko do umysłu typowo ścisłego, polski szedł mi słabo (ironiczne, biorąc pod uwagę, że napisałam książkę, a teraz czytacie dobrowolnie naskrobany artykuł). Z angielskim byłam odrobinę powyżej przeciętnej z ocenami (co zawdzięczałam wyłącznie regularnym prywatnym lekcjom zaaranżowanym przez moją mamę). I to by było na tyle, jeśli chodzi o mój talent językowy. Choć oczami duszy swojej widzę wiele osób, które się krzywią i patrzą na monitor nie wierząc w ani jedno moje słowo. A jednak.
 
TESTY PREDYSPOZYCJI
 
Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka napisana przez panią Lidię Głowacką-Michejda, „Cała prawda o nauce języka angielskiego”. Z ciekawości postanowiłam rozwiązać zawarty w niej test zatytułowany „Sprawdź, czy masz zdolności językowe”. Osobiście nie przepadam za tego typu testami, bo większość rozwiązujących wyjdzie z założenia, że jak poszło im dobrze, to są genialni, a jak słabo, to są debilami i w efekcie nie ma w ogóle sensu próbować. Ale niech będzie 🙂
 
I wyszło mi, że…. <werble, napięcie rośnie>  moje „zdolności językowe są umiarkowane, czyli takie, jak większości z nas” 😀 i „jeśli chcę osiągnąć lepsze wyniki, muszę się przyłożyć do nauki”, a „systematyczna praca jest środkiem do tego, aby opanować język”. 😀 Należy wspomnieć, że stopień wyżej są osoby „posiadające zdolności do nauki języków obcych”, a stopień niżej ci, którzy „prawdopodobnie w ogóle nie lubią się uczyć”. To by było na tyle, jeśli chodzi o mój naturalny talent językowy, thank you very much 😉
 
TALENT (I BEZTALENCIE)
 
Pani Lidia napisała też, że
Zdolności do przyswajania języka obcego, a także wszelkie inne, nie są przez człowieka dziedziczone i nie są wrodzone, lecz formują się i rozwijają w ciągu życia pod wpływem działalności praktycznej oraz odpowiedniego oddziaływania pedagogicznego.
W pierwszej chwili byłam gotowa się nie zgodzić z autorką, jednak gdy przeczytałam fragment drugi raz stwierdziłam, że to ja nie skupiłam się dostatecznie na przekazie. Mowa o ZDOLNOŚCI do przyswajania języka, nie o tym, z jak dużą łatwością ta nauka nam przychodzi. Bo, choć nie lubię słowa talent, to możemy się chyba zgodzić, że istnieje coś takiego jak „predyspozycje”. Osoby wysokie zwykle szybciej biegają, a te drobne są bardziej gibkie. Są uczniowie, którzy preferują naukę historii i przedmioty humanistyczne, i są umysły, które nie lubią „lać wody”, interesują ich konkretne fakty i przedmioty ścisłe. I czemu, u diabła, mężczyźni stanowili zaledwie 10-20% mojego roku na filologii angielskiej? Tu warto podkreślić, że Pani Lidia wspomina, iż „(…) z reguły chłopcy zaczynają mówić później niż dziewczynki, gdyż kobiety mają lepiej rozwinięte ośrodki mowy w korze mózgowej.”  Predyspozycje, Drodzy Państwo, predyspozycje.
 
Ale, ale 😉 Nie wiem jak Wy, ale ja kocham wyszukiwać perełki – ludzi, którzy „nie powinni” być w czymś dobrzy, a mimo to rozwalają system 😉 Dobrze jest uczyć się od takich jednostek, ponieważ najprawdopodobniej przyswoili techniki, które pozwalają im obejść system. Jeśli więc jesteś naturalnie uzdolniony – brawo ty ;p Jeśli jednak jesteś jednym z nas, szaraczków, którzy mają czasem nieco pod górkę – uszy do góry, cyc wypnij do przodu, jak i ja wypinam i jazda 😉 To, że przy kołysce dobra wróżka nie posypała Cię magicznym pyłkiem talentu językowego wcale nie oznacza, że nie możesz go przyswoić i to efektywnie. Potrzebne Ci tylko będą inne narzędzia (i podejście), ale o tym w drugiej części 😉

Jak się efektywnie uczyć – warunki zapamiętywania

Dlaczego jedne informacje zapamiętujemy bez problemu, a inne wydają się niemożliwe do przyswojenia? Dlaczego teoria nauki podczas snu nie działa, a osoby, które wydawały się nie mieć w sobie za grosz talentu do danego przedmiotu są w stanie przygotować się w rekordowym tempie do ważnego egzaminu? I jak to możliwe, że moja babcia potrafi z niesamowitą dokładnością opisać co robiła będą 10-letnią dziewczynką, ja nie pamiętam co robiłam w zeszłym tygodniu bez zaglądania do terminarza?
 
 
UWAGA
 
Czyli świadoma koncentracja na danej czynności czy zagadnieniu. Zdarzyło się Wam, że ktoś coś do Was mówił, a Wy się „wyłączyliście” i nic do Was nie dotarło? To jest właśnie różnica między „słyszałam” a „słuchałam”. Nie mam wpływu na to, że dotrze do mnie hałas związany zatrzaśniętymi przez wiatr drzwiami. Ode mnie jednak zależy czy podczas rozmowy z koleżanką będę się koncentrować na tym, co chce mi ona przekazać. Innymi słowy, to ja decyduję gdzie skieruję swoją uwagę.
Niestety, poświęcenie czemuś uwagi nie gwarantuje zapamiętania każdego przedstawionego szczegółu. Kontrargumentem jest jednak to, że NIEuważanie nieuchronnie prowadzi do braku przyswajania jakichkolwiek informacji.
Jest to temat niezwykle mi bliskie, ponieważ, choć na lekcjach w szkole uważałam, często nie potrafiłam później odtworzyć tego, co powiedział nauczyciel. Było to dla mnie wyjątkowo kołujące i frustrujące, ponieważ zawsze wszyscy mówili mi, że wystarczy uważać na lekcji. Tak się składa, że nie wystarczy.
 
STAN EMOCJONALNY
Czy potraficie wymienić swoje najpiękniejsze wspomnienia? Gdzie wtedy byliście? Jaka była pora dnia? A może, jeśli urodziliście się w okolicy roku 1990 lub wcześniej, pamiętacie gdzie byliście podczas zamachu na World Trade Center? Albo gdy dowiedzieliście się, że zmarł Jan Paweł II? Wszystkie te wydarzenia są związane z emocjami. Dlatego najżywsze wspomnienia, jakie macie, są najczęściej związane z ważnymi przeżyciami. I o ile mózg od czasu do czasu, dla uchronienia nas przed bólem, będzie miał tendencję do wypierania niektórych przykrych wspomnień, o tyle te absurdalne, zabawne i pełne szczęścia będziemy pamiętać bardzo dobrze. Dobrze wiem w którym miejscu klasy stałam, gdy znęcała się nade mną nauczycielka WOS-u w gimnazjum i jak bardzo byłam przerażona podczas swojej pierwszej stłuczki samochodowej. Ale pamiętam też interpretację „Romea i Julii”, którą tłumaczyłam koleżance na studiach gdy wygłupiałyśmy się na jej stancji. Chcesz coś zapamiętać? Spraw, aby było absurdalne lub zabawne i wywoływało żywe emocje.
 
UŻYTECZNOŚĆ
Pewnie niektórzy z Was słyszeli o starszych paniach, które w podeszłym wieku zdecydowały się na naukę jazdy samochodem. Sama robiąc kurs na prawo jazdy parę ładnych lat temu miałam przyjemność kilka z nich poznać. Niestety, nie musiałam  pytać, żeby wiedzieć, że sytuacja (najczęściej śmierć męża) je do tego zmusiła. Umiejętność niezbędna prędzej czy później zostanie nabyta. Jak to powiedział Hannibal
Albo znajdziemy drogę, albo ją sami wytyczymy.
A może po prostu „potrzeba matką wynalazku” 😉
 
WŁAŚCIWE NARZĘDZIA
W trakcie jednej z moich lekcji języka angielskiego w rozmowie z kursantką:
– Useless oznacza bezużyteczny, a useful użyteczny. Wiem, łatwo się mylą. Dobra, „use” to używać, prawda? Oglądałaś film „Lessie”? Świetnie! Wyobraź sobie psa rasy collie, który się opiep***a! Za chol***ę nie chce mu się ruszyć tyłka i zaganiać owiec! Jaki jest? BEZUŻYTECZNY! Jak jest „bezużyteczny”? Useless! Bezużytcznaa Lessie. Bardzo dobrze.
 
Oczywiście możemy łopatologicznie wtłaczać wiedzę licząc, że czytanie tego samo angielskiego słówka na głos po raz setny przyniesie rezultaty, acz z mojego doświadczenia wynika, że to się zwykle kończy oblanymi egzaminami i stratą czasu. Możemy też nauczyć się kilku technik efektywnej nauki i pomóc swojej pamięci. W końcu „gdy młotek to twoje jedyne narzędzie, wszystko dookoła wygląda na gwóźdź„. Nie lepiej dokupić więcej narzędzi?