Gdy kończy Ci się czas

POZORY

Jakiś czas temu rozmawiałam ze swoją przyjaciółką na temat ataków paniki. Dla obserwatora z zewnątrz mogłoby się wydawać (o ile takowy byłby świadom ich ówczesnego występowania, co w 99% przypadków udawało mi się skrzętnie ukryć), że były one spowodowane nadmiarem pracy i stresu. Że były bezpośrednim skutkiem przepracowania, wypalenia, niewyspania i nadmiaru kofeiny. I przez jakiś czas ja sama również tak sądziłam. Trudno byłoby dojść do innych wniosków – nigdy nie miałam na nic czasu, a gdy tylko świadomie ograniczałam ilość zabookowanych w harmonogramie godzin pracy, moje samopoczucie bardzo szybko ulegało poprawie. Ale, że ja to ja, na bieżąco prowadziłam samoobserwację i doszłam do zgoła innych wniosków. Hiperwentylacja nigdy nie była związana z dużą ilością pracy i to nawet w najmniejszym stopni.

 

CZEKAJĄC W KOLEJCE

Nie mam problemu z czekaniem w kolejkach. Naprawdę. Tak długo, jak wiem, że będę zmuszona siedzieć w jednym miejscu i, co za tym idzie, mogę odpowiednio zmodyfikować swoje plany i się przygotować – luz, mogę czekać. Wezmę książkę, notatnik, długopis, może nawet laptopa i odpowiednio spożytkuję ten czas. Kiedyś napisałam prawie cały post na bloga czekając na swoją kolej u dentysty.

Jednak pewnego razu zdarzyło się, że moja irytacja w tego typu sytuacji sięgnęła zenitu. Siedziałam na jednym z krzeseł w poczekalni swojej okulistki i czytałam książkę Tomka Tomczyka o blogowaniu. Nagle (bardo sympatyczna i równie kompetentna) pani doktor wyszła z gabinetu i zakropiła oczy mnie i jeszcze dwójce pacjentów, ażeby przyspieszyć proces późniejszego badania. I przez chwilę widziałam wszystko normalnie. Do momentu, gdy… już tak nie widziałam.

 

KOMPLIKACJE

Pierwszy raz w życiu miałam okazję przekonać się na własnej skórze co czują osoby z poważną wadą wzroku. Nim weszłam do gabinetu, minęła kolejna godzina. W międzyczasie spróbowałam wysłać do współlokatorki smsa. I nawet mi się to udało (pisząc trzymałam telefon tak daleko od twarzy, jak to tylko było fizycznie możliwe). Kilka godzin później odkryłam, że w dwóch zdaniach wiadomości zrobiłam więcej literówek, niż zaliczam w ciągu całego roku. Wtedy w poczekalni musiałam wyglądać jak diabeł tasmański. Chodziłam tam i z powrotem stukając obcasami o podłogę. Książka od razu poszła w odstawkę. W dwie minuty po podaniu kropli, mogła mi służyć co najwyżej za mini hantlę schowaną w torebce, a nie źródło wiedzy.

Nie byłam wściekła dlatego, że musiałam czekać. W ogóle nie chodziło o lokalizację. Po prostu już wtedy zaczynałam rozumieć, że czas to jedna z najcenniejszych walut (jeśli nie NAJCENNIEJSZA), jakie mamy. A ja byłam zmuszona ją wtedy marnotrawić. Przecież mogłam ten czas spożytkować na coś wartościowego! Miałam wolny umysł! Mogłam czytać, uczyć się, napisać wiadomość do koleżanki mieszkającej kilkaset kilometrów ode mnie, żeby sprawdzić czy wszystko u niej ok.

NIE! Musiałam łazić jak ta ciućma, tam i z powrotem, zero pożytku.

 

WYBORY

I nie sęk w tym, by oszczędzać w ciągu dnia czas na rzeczy, które są dla nas ważne. Jeżeli są naprawdę ważne, to w ogóle nie powinny wylądować na końcu listy! Nie chodzi o to, abym wcisnęła gdzieś dodatkową godzinę czy dwie na napisanie artykułu, bo jeśli jest on dla mnie naprawdę istotny, powinnam go napisać w pierwszej kolejności.

Nie panikowałam dlatego, że miałam za dużo pracy. Odkąd pamiętam zarywanie nocek i dawanie z siebie 100% było dla mnie czymś naturalnym i nigdy się tego nie bałam. Panikowałam, ponieważ życie uciekało mi między palcami w poczuciu, że nie poświęcam go rzeczom, które miały dla mnie największą wartość. Bo w końcu minuty tworzą godziny, z godzin składa się dzień, z dni miesiące, potem lata, a z lat całe nasze życie.

 

 

Choć jutro pewnie o tym znowu zapomnę. Nie oceniajcie, bo wiem, że Wy też. 😉

 

 

 

 

Dodaj komentarz