Zatrzymajcie świat, chcę wysiąść

Tekst ten napisałam z myślą o jednej z moich serdecznych koleżanek. Jestem jej bardzo wdzięczna, że przypomniała mi o życiowej lekcji, której się nauczyłam kilka lat temu. Notabene, moje życie wyglądało wtedy jak jeden wielki kocioł.

 

 

 

NOWSZY MODEL
 

 

Kilka lat temu do kin wszedł  film „Nowszy model” z Catherine Zetą-Jones. Produkcja opowiadała o kobiecie (Sandy), która całkowicie poświęciła się rodzinie i niedługo po tym, jak dzieciaki poszły do szkoły, przez przypadek odkryła, że zdradzał ją mąż. Jak nie trudno się domyślić, zszokowana zostawiła go, zabrała dzieci, wyprowadziła się i znalazła pierwszą w życiu pracę (wcześniej to on był jedynym żywicielem rodziny). Reasumując, całe jej życie wywróciło się do góry nogami. Filmy nie wyróżnia się niczym szczególnym, wyraźnie jednak pamiętam jedną scenę, gdy główna bohaterka wraca do domu z beznadziejnej pierwszej randki i upija się wypowiadając przy tym następujące zdanie.
 
„Jak mogłam odpłynąć tak daleko od ścieżki, na której myślałam, że jestem?”
 

 

Albo po mojemu: jak ja się tu, do cholery, znalazłam? 
 

 

DOŚWIADCZENIE Z PIERWSZEJ RĘKI
 

 

Przypomniałam sobie o nim kilka lat później kiedy biegałam między różnymi sprawunkami, gdy w swojej głupocie wzięłam na swoje barki za dużo pracy i nauki. Od zajęć do zajęć, z lekcji na lekcję, od nieprzespanej nocy do nieprzespanej nocy. Raz od wielkiego dzwonu przyjaciółka przypomina mi o tym okresie. Mówi, że wyglądałam wtedy jak stale gotowe do biegu zombie z notatkami pod pachą 🙂 Ten sam błąd zagrzebania się pod stertą obowiązków popełniłam jakiś rok później, gdy dostałam swoją pierwszą pracę. Później zdałam sobie wtedy sprawę, że w ogóle nie byłam w stanie wtedy zidentyfikować granic między życiem zawodowym, a prywatnym, czasem pracy i odpoczynku. Nie wiedzieć czemu, wypracowałam sobie niezdrowy sposób myślenia, według którego „skoro byłam w stanie fizycznie wcisnąć do swojego harmonogramu więcej pracy, to tak właśnie należało zrobić”. Zawsze byłam dumna z bycia pracowitą osobą i w pewnym momencie nieświadomie przedobrzyłam.
 

 

Ocknęłam się o wiele za późno pytając samą siebie, sztampowo, niczym bohaterka wspomnianego wyżej filmu, jak to się stało, że podryfowałam tak daleko od obranej drogi?
 

 

MASZ PRAWKO, TO USIĄDŹ ZA KIEROWNICĄ
 

 

W pewnym sensie, tak było łatwiej. W psychologii ten termin nazywa się wyuczoną bezradnością. Stan, w którym wolimy się postrzegać jako ofiarę losu czy okoliczności, ponieważ wtedy całe „zło” jakie nas spotyka możemy zrzucić na czynniki zewnętrzne. Oraz uniknąć tym samym działania i brania spraw w swoje ręce, co zwykle jest trudniejsze i bardziej przerażające. Potrzebowałam bardzo dużo czasu i autorefleksji, żeby wytłumaczyć samej sobie, że nikt za mnie tych decyzji nie podejmował. Że to ja sama nałożyłam na siebie nie tylko pracę, ale w ogóle same oczekiwania względem jej ilości. Nikt inny. Po bolesnym czasie samokrytyki doszłam do jedynej logicznej konkluzji: własnoręcznie się w to wkopałam, to i o własnych siłach mogłam się z tego wygrzebać. 
 

 

Im dłużej żyję, tym częściej stwierdzam, że wszyscy w pewnym momencie uderzamy w ten sam mur. Czujemy się jak widzowie w swoim własnym życiu. Wsiadamy do pociągu sądząc, że wiemy dokąd jedzie, a gdy ten się już rozpędzi na całego, rozglądamy się, stwierdzamy, że pejzaż wygląda kompletnie inaczej od tego, który sobie wyobrażaliśmy i wtedy w panice rozważamy czy nie powinniśmy przypadkiem wyskoczyć (i przy okazji zaryzykować poturbowaniem).
 

 

Wszystkim podróżnym chciałabym więc zaoferować małe przypomnienie 🙂  Wasz pociąg, Wasze tory 🙂 Trasa też jest Wasza 😉

Dodaj komentarz