Ten jeden raz, gdy atak paniki okazał się użyteczny

ODROBINA OSOBISTEGO BACKGROUNDU

 

Nim rozpoczęłam swoją działalność, a potem oba blogi, miałam twardy orzech do zgryzienia – do jakiego stopnia powinny moje posty być osobiste? Z jednej strony nie jestem psychologiem i, choć z wielu rzeczy nie robię tajemnicy, cenię sobie swoją prywatność. Z drugiej jednak strony wiedziałam, że wieloma podobnymi problemami, które sięgały głębiej, niż tylko efektywna nauka i zarządzanie czasem, borykały się zwłaszcza młode kobiety. Gdy sama mierzyłam się z takimi kwestiami jak samoocena, poczucie, że nie jestem dość inteligentna, interesująca czy szczupła i że najnormalniej w świecie boję się wielu rzeczy (właściwie to życia ogólnie) brakowało mi kogoś, kto powiedziałby, że nie zwariowałam i tego typu przemyślenia i wątpliwości są normalne. Dopiero gdy usłyszałam od uczennicy, że po rozmowie ze mną na jeden z wyżej wymienionych tematów była ona nieco spokojniejsza i nie mordowała się już tak bardzo w swojej własnej głowie, uznałam, że część tej wiedzy może się okazać użyteczna i warto ją przekazać dalej.

 

Zawsze miałam tendencję do pracoholizmu, jednak były w moim życiu dwa momenty, w których naprawdę przegięłam. Pierwszy szczęśliwie skutkował jedynie w problemach ze snem, chronicznym zmęczeniem i kilkoma siwymi włosami w wieku 24 lat. Obeszło się bez większego echa. W drugim jednak łączyłam pracę w szkole językowej, uczyłam indywidualnie angielskiego, w weekendy uczęszczałam na zajęcia do rocznej szkoły fotografii, a pod koniec dołożyłam sobie teoretyczne szkolenie z szybownictwa, podczas którego musiałam zdać około 10 egzaminów. Mój harmonogram wyglądał jak jedna wielka masa. Bazgroł. Ogromna niechlujna ściąga zapisana najdrobniejszym możliwym druczkiem. Brak snu, ruchu i ilość stresu jaką na siebie nałożyłam doprowadziły do swoistych średnio-intensywnych ataków paniki, w których miałam wątpliwą przyjemność poznać czym jest hiperwentylacja połączona z dzikimi tańcami serca (najwyraźniej chciało opuścić właścicielkę). Najbardziej intensywny okres trwał jakieś 3 miesiące, z których nie pamiętam niczego z wyjątkiem zarwanych nocy i stanu ciągłego napięcia. Nie polecam.

 

CO SIĘ DOŚWIADCZYŁO, TO SIĘ NIE OD-DOŚWIADCZY

 

Zrobiłam to, co należało – zwolniłam obroty. Przyszły wakacje, większość kursów językowych w pracy dobiegła końca, a ja zamiast siedzieć w książkach i czytać o zasadach aerodynamiki zaczęłam latać szybowcami. Po miesiącach ciężkiej pracy doczekałam się nagrody – poznawania ciekawych ludzi, wyjazdów na weekendy na lotnisko i latania w chmurkach. Oczywiście obiecałam sobie wtedy, że nigdy więcej nie doprowadzę się do takiego stanu emocjonalnego i oczywiście słowa nie dotrzymałam. Sądzę, że po przekroczeniu progu, w którym doznawałam ataków paniki, automatycznie sprawiłam, że również dziś jestem na nie bardziej podatna. I choć ich częstotliwość jest o wiele, wiele mniejsza, raz na jakiś czas raczą o sobie przypomnieć, zwykle późnymi wieczorami gdy pracuję nad swoim biznesem. Jest wiele technik radzenia sobie z tak intensywnym stresem, np. trening uważności, regularne ustalanie priorytetów, świadome regulowanie ilości snu czy ćwiczenia fizyczne, ale tym razem zrobiłam coś zupełnie innego.

 

ENERGIA TO ENERGIA

 

Mogłam iść pobiegać albo usiąść na łóżku i zacząć głęboko oddychać, ale zamiast tego mój mózg rozpędził się, jak mało kiedy i zaczęłam intensywnie myśleć o kolejnych projektach, którymi chciałabym się zająć. Automatycznie weszłam w stan flow (optymalnej koncentracji, w której skupiałam się tylko na jednym zadaniu, wszystko inne zostało przez mój mózg zignorowane) i zaczęłam pisać, a moja ręka zatrzymała się dopiero po nabazgroleniu 3 stron formatu A4. Spojrzałam na zapis kilku naprawdę obiecujących pomysłów, których wymyślenie normalnie zajęłoby mi kilka tygodni. Przypomniałam sobie wtedy cytat z książki Tony’ego Robbinsa – Stres, to sygnał od twojego ciała, żebyś się przygotował. No tak, w końcu energia to energia i ode mnie zależy gdzie ją skieruję i jak wykorzystam. Kto by pomyślał, że mały atak paniki podsunie mi nową technikę badania rynku.

 

LEKCJE:
– jak widać na załączonym obrazku, wbrew przeświadczeniu niektórych z moich młodszych kursantek (którym przesyłam BIG HUGS, takie fest fest za wiarę we mnie ;*) – ja też się wielu rzeczy boję 🙂
– stres można podzielić na dwa rodzaje: dobry stress (ang. eustress), który działa mobilizująco (np. gdy deadline się zbliża i trzeba ruszyć tyłek ;D) i zły stress (ang. distress), którego długoterminowa obecność może mieć bardzo negatywne skutki dla zdrowia (obniżona odporność, problemy z koncentracją i snem to jedynie wierzchołek góry lodowej)
– MY panujemy nad tym, jak wykorzystujemy swoją mentalną energię. I fajnie by było, gdybyście unikali moich błędów wynikających jedynie z głupoty autorki tego tekstu i zachowywali lepszą równowagę między snem, pracą i rozrywką 😉  
 
Have a great week! 😉

Dodaj komentarz