Klęska, nie sobota, czyli Ania robi z siebie idiotkę

CO SIĘ ŹLE ZACZYNA…

 

Jakaś część mojego mózgu zarejestrowała, że Gabrysia wyszła z mieszkania. No tak… Miała być rano w pracy… Nie miałam żadnych pilnych zajęć, czekała mnie za to wizyta u rodziców. Nie ma pośpiechu… Odwróciłam się na drugi bok i znowu zasnęłam.

 

Gdy się zerwałam było po dziesiątej, a ja zaczęłam biegać po mieszkaniu jak obłąkana. Sobota czy nie, miałam się rozejrzeć za kiecką na sylwestra i pomóc mamie przed świętami. Zapomniałam jednak, że obiecałam jej coś jeszcze – miałam przygotować makietę obrazów, które miała dostać pod choinkę. Gdy już byłam gotowa, wyłączyłam wszystko i spakowana wyszłam z mieszkania.

 

Nie było korków, sprawnie przebiłam się przez miasto i zjechałam z ronda. Minęło może 10 sekund, gdy zostałam zatrzymana przez dwie policjantki z drogówki (w wyjątkowo głupim miejscu, ponieważ przez błoto wpadłam w krótki poślizg).

 

Dzień dobry nazywam się XYZ, sprawdzamy stan trzeźwości.
Poirytowana podnoszę wzrok na kobietę po 40-stce.
– Mogłabym robić problemy, ale nie będę. Pani mi sugeruje, że jestem nietrzeźwa.
– Niczego Pani nie sugeruję…!
– Jechałam poprawnie.
– Nie twierdzę, że jechała Pani niepoprawnie…! Dzisiaj mamy dzień sprawdzania świateł…

 

Czy gdybym ja świętowała urodziny swojego chomika, to powinnam zatrzymywać radiowozy i prosić, by świętowali ze mną? Wznoszę oczy ku niebu. Panie, daj mi do niej siłę, światła miałam włączone, na liczniku 45 km/h w terenie zabudowanym, nie ma podstaw (a co za tym idzie prawa), żeby mnie kontrolować. Kodeks ruchu drogowego daje jej taką możliwość tylko „w uzasadnionych przypadkach”, a tego tu akurat brak. Mimo wszystko decyduję się odpuścić, żeby szybciej odhaczyć całą tą szopkę.

 

– Dobrze, dobrze! Będę dmuchać, proszę!

 

Całkowicie trzeźwa podaję jej dokumenty, które odzyskuję nad podziw szybko.

 

– Proszę, dostaje od nas Pani ulotki i kalendarz promujące akcję. Do widzenia. 
– Do widzenia. – Lekko się krzywię i odjeżdżam.

 

 

JAK PANI NIE UWAŻAŁA, CO PANI ROBIŁA…

 

Zamyślona przegapiam swój zjazd. Bluzgam pod nosem i ustawiam rodzinne miasteczko jako cel podróży. Irytujące urządzenia nie widzi autostrady i kieruje mnie tak, że robię jakieś 50-kilometrowe kółko po zapomnianych przez Boga pipidówkach. Bateria w nawigacji pada. Zjeżdżam i włączam, najpierw jedną, potem drugą, aplikację w telefonie z mapami i połączeniem GPS jako plan B. Nie działa.

 – Kur…. !!!

Internet w komórce bez problemu pozwala mi na włączenie dowolnego filmiku na youtube, ale nie chce załadować nawigacji. Bardzo zabawne. Dojeżdżam dzięki znakom drogowym do Jarosławia i stamtąd już trafiam do domu. Nauczona doświadczeniem czuję, że to nie koniec przygód tej soboty.

 

 

HOP HOP

 

Jadę do babci z prezentem imieninowym. Kierowana dziwnym przeczuciem, wyłączam radio i maksymalnie skupiam się na drodze. I dobrze, bo po kilku minutach trzy niezrażona moim klaksonem sarny decydują się przebiec przez jezdnię. Uważne monitorowanie drogi pozwala mi na ominięcie ich z dużym zapasem odległości. Uff…

 

Dojeżdżam na miejsce, a w bramie wita mnie kuzyn.

 

– Ania… Wiesz, że spaliła Ci się żarówka w reflektorze? 

 

Mam ochotę uderzyć głową w kierownicę. Bluzgi, bluzgi, bluzgi. Spędzam z rodziną trochę czasu i wracam do domu.

 

Po drodze o mało nie rozjeżdżam zająca, który postanowił wskoczyć na jezdnię przed moim samochodem.

 

Dzień się na tym nie skończył i największe „kopniaki” dostałam na końcu, ale oszczędzę Wam reszty.

 

 

MORAŁ

 

W sumie to brak. Może z wyjątkiem tego, że wszyscy czasem mamy dzień… wiecie… taki po prostu do dupy. Gdy cały plan legnie w gruzach, nasze najlepsze intencje nie będą joty warte, emocje wezmą górę, a wszechświat się sprzysięgnie przeciw nam.

 

Kilka mentalnych siniaków później wygramolimy się z dołka i znowu spróbujemy wdrażać swoje plany i ambicje. I znowu. I znowu. Bo często gdy inni pękają, trzeba być tym, co się nie złamie i pójdzie dalej. 

 

 

When other people break, I don’t.
Tom Bilyeu

 

Dodaj komentarz