Kłamstwo o brzydkim kaczątku

PRZED I PO

 

Oglądałyście kiedyś jeden z tych programów, w których kobiety przechodzą transformację? Specjaliści doradzają im jakie ubrania powinny nosić, fryzjer dopiera rodzaj fryzury do oprawy i kształtu twarzy, a wizażystka uczy technik makijażu. Na końcu odcinka widzimy dwa zdjęcia przedstawiające „przed i po” kandydatki.

 

A może widziałyście któryś z epizodów „The Biggest Loser”, gdzie członkowie programu walczą z nadwagą, która nierzadko zagraża ich zdrowiu i życiu. Co jakiś czas ma miejsce ważenie i porównywanie punktu startowego do chwili obecnej.

 

Nawet w kinematografii historie o „brzydkim kaczątku, które przeobraziło się w łabędzie” cieszą się wyjątkową popularnością. Wiecie, komedie romantyczne opowiadające historie niedocenionych, inteligentnych i zabawnych kobiet, nierzadko zmagających się z dodatkowymi kilogramami (np. Lying To Be Perfect) czy nietrafioną fryzurą i makijażem (np. Pamiętnik Księżniczki).

 

Wyobrażamy sobie, że w chwili, gdy słyszymy dźwięk lampy błyskowej podczas wykonania tego ostatniego zdjęcia zaczynamy nowe życie. W naszej głowie problemy staną się prostsze do rozwiązania, a „nowa ja” z „nowym lookiem” rozwali system swoją przebojowością. Ciekawe, że w filmach nie pokazują co dzieję się po słynnym „żyli długo i szczęśliwie”. Nie, ani trochę nie jest to dziwne <autorka tekstu wspina się właśnie na wyżyny swojego sarkazmu>

 

 

I’M SEXY AND I KNOW IT

 

Jeśli jesteście naturalnie wysokie i smukłe, a waga nie jest Waszym zmartwieniem, gratuluję – należycie do zdecydowanej mniejszości. I, szczęśliwie dla Was, nigdy prawdopodobnie nie zetkniecie się z fenomenem, który jest powszechny wśród osób, które straciły sporo na wadze – pomimo szczupłej sylwetki wciąż czują się one „grubo” i nieatrakcyjnie. Tak długo zmagały się z niską samooceną i negatywnym postrzeganiem siebie, że stracenie 5 czy nawet 20 kilogramów może okazać się niewystarczające. Prawdziwa zmiana zachodzi w naszych głowach.
 

 

Z innej beczki. Spotkałyście może kiedyś bardzo atrakcyjną kobietę, która przyciągała mężczyzn jak magnes, pomimo, iż nie pasowała do „kanonów piękna” XXI wieku? Nie nosiła rozmiaru XS, nie miała długich blond włosów, niebotycznie długich nóg, itp. Mało tego, dziewczyna doskonale wiedziała co robi i była niesamowicie pewna siebie. Nieczęsto się spotyka takie samoświadome kobiety, ale raz na jakiś czas, gdy mam przyjemność taką poznać, staram się wtedy od niej nauczyć ile tylko mogę.

 

Oba przykłady mają jeden wspólny mianownik – wysoka samoocena czy pewność siebie mogą nie mieć najmniejszego związku z wyglądem zewnętrznym. Oczywiście gdy ubieramy obcasy i zrobimy sobie „full make up” czujemy się zwykle atrakcyjniejsze i takie elementy pomagają, nie stanowią jednak podstawy, a jedynie dodatek. Jeśli więc wygląd (czy to w postaci wrodzonych cech czy ubioru i makijażu) nie stanowi o samoocenie i pewności siebie, to co? 

 

 

TRZY WARSTWY PEWNOŚCI SIEBIE

 

Niestety, nie ja jestem autorką koncepcji, ale jest ona (moim skromny zdaniem ;)) najlepiej oddającą stan faktyczny tego, co się dzieje w głowach większości z nas 😉
 
Teoria dotyczy „warstw” pewności siebie u człowieka, a nauczyłam się jej od angielskiego coacha-trenera Metthew Hussey’ego. Według niego pewność siebie możemy podzielić na 3 poziomy: 
– najbardziej powierzchowny – to, co pokazujemy światu. Odrobina makijażu, szczupła sylwetka, błyskotki, białe proste zęby i każdemu możemy wcisnąć kit jakie jesteśmy zajeb***te.
– średni – nasz styl życia. To, jak spędzamy swój wolny czas, czy się rozwijamy, dbamy o siebie, uczymy nowych rzeczy i ogólnie jesteśmy zadowolone ze swojej codzienności.
– najgłębszy – samo jądro, tj. na ile same siebie oceniamy i czy siebie lubimy. Chodzi tu o nasze przekonania i wartości oraz to, czy zgodnie z nimi żyjemy. Czy staramy się być po prostu dobrymi ludźmi, wspierać innych, wnosić coś pozytywnego do świata.

 

W ogólnym rozrachunku chodzi o to, że nie do końca mamy kontrolę nad swoim wyglądem (poza kilkoma elementami, operacji plastycznych nie liczę), a bywa, że i nad stylem życia (chory członek rodziny wymagający naszej pomocy, choroba,itp.).

 

 

 

 
Sprowadza się więc do jednego pytania: czy gdybyśmy zostały odarte z ładnego wyglądu, przyzwoitej pensji i zajęć fitness, czy nadal uważałybyśmy się za kogoś wartościowego? 

Dodaj komentarz