Czego nikt nie wiedział o moich treningach karate

The First Draft of Anything Is Shit.
Pierwszy szkic wszystkiego jest do d***y.
Ernest Hemingway

 

POMOCNA DŁOŃ

 

– Kake Wake Uke! – moja współlokatorka wczuwa się w swoją rolę. Głośno i energicznie wypowiada po japońsku nazwy pozycji, uderzeń i bloków, które muszę opanować, żeby zdobyć swój pierwszy pas karate shinkyokushin.

 

Posłusznie wykonuję gest obiema rękami niczym Wolverine z X-Mena blokujący swojego napastnika.

 

– Fudo Dachi! – Gabi wydaje się czerpać coraz więcej frajdy z rozkazywania mi w obcym języku. 😛 Sama ją jednak poprosiłam o pomoc i grzecznie przyjmuję zasadniczą pozycję. Nie mijają dwie sekundy, gdy słyszę
– Kin Geri! – i wykonuję kopnięcie do przodu na wysokość pasa.

 

Powtarzamy ten rytuał jeszcze wiele razy, a potem wracam do swojego pokoju. Tam samodzielnie odtwarzam cały schemat aż do jego całkowitej automatyzacji.

 

 
W MIĘDZYCZASIE

 

Siedzę w swoim samochodzie gdzieś między centrum Rzeszowa a Jasionką. Przed godziną 7 rano zawsze są w tym miejscu korki, ponieważ inżynierowie pracujący w Dolinie Lotniczej próbują dotrzeć do firm. Jeżdżę tą trasą regularnie od dwóch lat, doskonale wiem gdzie są światła, a nawet jak szybko się zmieniają. Naciskam na pedał hamulca – czerwone oznacza, że mam dłuższą chwilę, którą mogę wykorzystać w produktywny sposób. Sięgam więc do schowka nad głową. Po jego odchyleniu widzę swoją ściągawkę, z której od kilku dni powtarzam z Gabi wymagany na egzaminie „materiał”. Robię minimalne ruchy rękami modląc się, żeby któremuś kierowcy stojącemu na sąsiednim pasie nie przyszło do głowy zerknąć w prawo. Ubrana elegancko laska wykonująca za kierownicą dzikie ruchy pijanego Jackiego Chana. Prawdziwe widowisko. Światło zmienia się na żółte, a potem na zielone, a ja kładę kartkę na siedzeniu dla pasażera i jadę na poranne zajęcia.

 

NA TRENINGU

 

Uparcie patrzę przed siebie wizualizując sobie pokój Gabi, w którym ćwiczyłyśmy. Tu stało łóżko, kopnięcia były w tą stronę, biurko naprzeciw…

 

Po intensywnej rozgrzewce przechodzimy do powtarzania bloków, pozycji i uderzeń. Robię wszystko, żeby nie patrzeć jak idzie innym. Koncentruj się na poprawności ruchów, na niczym więcej. Po serii powtórzeń Sensei rozgląda się po całej sali, a jego wzrok zatrzymuje się na mnie. Prosi, żebym wyszła na środek maty.

Znów, słysząc komendę posłusznie przyjmuję pozycję zasadniczą (ze stresu kalecząc ją przy tym). Czuję, że nogi mi lekko drżą. Po swojej lewej mam kilka, może kilkanaście osób, które za chwilę najprawdopodobniej będą miały możliwość na żywo obejrzeć moją porażkę. Sensei kontynuuje wydawanie poleceń, ale tym razem tylko mi. Wpatruję się w ścianę przed sobą, jakbym próbowała ją przewiercić wzrokiem – wiem, że jeśli nie włożę w to maksimum skupienia, na pewno popełnię błąd.

 

Zaczynając treningi karate ciągle się myliłam. Nie potrafiłam zrozumieć jak mojej koleżance, która mnie zaraziła pasją do sztuk walki, zapamiętywanie tego wszystkiego przychodziło tak naturalnie.  W efekcie, poprosiłam ją o pomoc i po takiej wspólnej sesji kontynuowałam regularne ćwiczenia – najpierw z Gabi, a potem samodzielnie. Podczas wspólnych ćwiczeń dowiedziałam się też, że „naturalność” w przyswajaniu nie istniała. Wszystkie swoje pasy zawdzięczała godzinom ćwiczeń.

 

Teraz przyszła chwila prawdy. Poza wtopą przy pierwszej pozycji, nie popełniam ani jednego błędu. Dopiero kiedy kończę całą sekwencję zdaję sobie sprawę, że intensywne ćwiczenia przyniosły efekty i od całkowitego laika przeszłam do płynności w 10 kyu (najniższym stopniu z możliwych, ale zawsze coś ;)).

 

Nikt nigdy nie spytał ile pracy włożyłam w ćwiczenia poza matą. Podejrzewam, że nie przyszło im nawet do głowy, żeby powtarzać wszystko po zajęciach. W efekcie, nikt też się nie dowiedział, że aby osiągnąć efekt końcowy 80% wysiłku zostało przeze mnie włożone w całe przedsięwzięcie w czterech ścianach mojego mieszkania.

Od czasu do czasu, gdy widzę czyjeś imponujące umiejętności w jakiejkolwiek dziedzinie, staram się pamiętać, że to, co sobą reprezentuje ta osoba „na scenie” jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Wisienką na torcie. Nagrodą za godziny pracy zainwestowane w siebie, gdy nikt nie patrzył.

Dodaj komentarz