50 Twarzy Normalności

NA SALI SZKOLENIOWEJ

 

Moja nawigacja ma problemy ze znalezieniem konkretnego numeru budynku w malutkiej miejscowości, ale to nic – jak zawsze mam przynajmniej pół godziny zapasu. Jestem przekonana, że minęłam placówkę, której szukam, więc wjeżdżam na pobliski parking, zawracam, po czym pytam przypadkowego przechodnia o ośrodek kultury. Wchodzę głównymi drzwiami i przekierowana do konkretnej sali, rozkładam sprzęt i materiały szkoleniowe. Te obcasy i pasek w eleganckiej bluzce później dadzą mi się we znaki, ale staram się o tym nie myśleć. Zawieszam żakiet na oparciu krzesła i po chwili przychodzi pierwszy uczestnik szkolenia.
– Dzień dobry, nazywam się Anna Szpyt. Będę dla Państwa dziś prowadzić szkolenie z efektywnej nauki – uśmiecham się i wyciągam rękę. Mężczyzna podaje mi niepewnie dłoń – jest ewidentnie zdezorientowany.

 

Powtórka z rozrywki, myślę. Gdy zaczynałam pracę jako lektor języka angielskiego 3 lata wcześniej, spotykałam się z podobnymi reakcjami. Przyszło to to, małe, drobne i młodziutkie. Zachodzili w głowę jakim cudem taki szkrab miał ich czegokolwiek nauczyć. I dobrze. Widząc teraz te wszystkie myśli na jego twarzy, o tyle lepiej się poczuję się później, gdy po zakończeniu szkolenia…

 

A gdzie można kupić tą Pani książkę? Tam jest więcej takich technik, o których Pani mówiła?
Uśmiecham się i podaję swoją wizytówkę. Książkę znajdziecie Państwo wpisując moje imię i nazwisko lub jej tytuł w wyszukiwarkę, a gdybyście byli zainteresowani jakimiś dodatkowymi materiałami, proszę mi po prostu wysłać maila – załączę w wiadomości zwrotnej. Z resztą, duże z tego Wam jeszcze przekażę podczas kolejnych dni szkolenia.
– O, super! Dziękuję! – widzę, że zainteresowanie jest szczere, a ja zrobiłam kawał dobrej roboty.

 

Dojeżdżam do domu, zdejmuję szpilki i kładę nogi na krześle, żeby przywrócić lepsze krążenie. To był dobry dzień. Gdyby tylko wiedzieli, że pokazuję im podczas tych kilku dni jedynie część swojej szalonej osobowości, którą chowam gdzieś pod profesjonalnym zachowaniem… 🙂

 

 

LOTNISKO

 

Wkurzona wysiadam z „budy” (małej przyczepki, gdzie trzymamy sprzęt). Musiałam ułożyć na swoim miejscu płótna, na których siedziałam w szybowcu. Los karzełka poniżej 160 cm wzrostu.

 

Cholera jasna… – mruczę pod nosem. Gorąco jak diabli, jestem cała mokra, a ostatnie lądowanie wyszło mi bardzo przeciętnie.

 

Puchacz sześć trzy, jedynka – odzywa się głos w radiu.
Puchacz sześć trzy, jedynka dla ciebie – instruktor odpowiada i odwiesza radio na haczyk.
– Zobaczymy. Żebyś tylko nie spierd***ł tego lądowania, eh… – mruczy i zerka w stronę, z której zaraz nadleci szybowiec i odchodzi kilka kroków. Przy naczepie zostajemy we dwójkę z kolegą.

 

Tu się nie mówi „zrób dobrze”. Tu się mówi tylko „nie spierd****l” – zauważam. Nie trzeba geniusza, żeby się domyślić, że z tą filozofią się nie zgadzam. Ale jeśli wejdziesz między wrony… trzymaj gębę na kłódkę i jak chcesz latać, dostosowuj się do środowiska.
Masz rację… –  facet patrzy na mnie jakby doznał objawienia – Nigdy o tym nie myślałem, ale faktycznie!

 

Z moich ust tego dnia pada jeszcze wiele przekleństw, a wieczorem po prysznicu wyczerpana długim dniem padam jak przecinak. Na lotnisku jestem prawdziwym uosobieniem subtelności, myślę i odpływam.

 

 

PRZY KUCHENNYM STOLE

 

– Arggggghhh!!!!! – uderzam pięścią w stół, przy którym obie akurat siedzimy z współlokatorką. Gabi się tylko śmieje i dopiero po chwili podnosi wzrok.
Co taaaam? 🙂  – pyta niewzruszona
A nic… Instaluję newslettera na blogu… 
Po kilkunastu minutach zniecierpliwiona energicznie uderzam palcami w stół.
– I jak tam?
– Aaaaarrrggggghhhhh! 
– OK… – Gabrysia uśmiecha się i pochyla nad kartkówkami swoich uczniów.
Kolejne ekspresje niezadowolenia nie robią na niej żadnego wrażenie (a jest ich niemało) :). Ot, trafił swój na swego w z podobnymi pokładami energiczności 😉 Innego wieczoru role się zamienią, a ja tylko pokiwam głową ze zrozumieniem.

 

 

ŚWIAT (NA SZCZĘŚCIE) NIE ZAWSZE KRYTYCZNY

 

Od czasu do czasu zastanawiamy się jak ktoś mógłby zareagować na taką ekspresywność w miejscu publicznym. I wiecie co? Kilkuletnie doświadczenie w pracy z ludźmi nauczyło mnie, że większość by się tylko roześmiała i uznała to za część mojego szalonego usposobienia. Może jedna osoba na pięćdziesiąt wyraziła brak zrozumienia w kontakcie z moim specyficznym poczuciem humoru.

 

Z wieloma natomiast bardzo się zżyłam i przykro mi było kończyć z nimi współpracę, ponieważ zainicjowana przeze mnie szczerość została odwzajemniona. Zawsze graliśmy w otwarte karty, dzięki czemu wiedziałam kto naprawdę miał o mnie dobre zdanie, a kto przy pierwszej okazji dowaliłby, ponieważ mu moja skromna osoba nie przypasowała.

 

 

 

 

Nie ma czegoś takiego jak „normalny”. Są tylko tacy, którzy się troszkę bardziej wyróżniają lub nieco bardziej ze swoimi indywidualnymi cechami kryją. Sęk w tym, żeby otaczać się ludźmi o podobnym rodzaju „nienormalności”. 🙂

 

 

Dodaj komentarz