Cała prawda o „byciu na swoim”

1 grudnia, 2018 r.

Sobota, godzina 12:01,

 

– Nie wiem skąd bierzesz te wszystkie pomysły do firmy. Ciągle nad czymś pracujesz.

– Wiesz… często mówię, że mój mózg jest na ciągłym „stand-by’u”. On się nie wyłącza. To tak jakbym cały czas miała założony filtr. To taki nawyk. Za każdym razem, gdy słucham podcastu, czytam książkę, czy nawet obserwuję cudzy biznes kompletnie nie związany z moją branżą, zastanawiam się jak mogę wykorzystać te informacje w swojej działalności, czego mogę się nauczyć…

W angielskim jest takie powiedzenie o przedsiębiorczości… W wolnym tłumaczeniu chodzi o to, że rzucasz różne rzeczy na ścianę i patrzysz co się przyklei… Innymi słowy eksperymentujesz z różnymi projektami i po cichu liczysz, że jeden na 20 czy nawet 50 wypali.

Zdecydowana większość to klapa. Ale im więcej kreatywnych pomysłów stworzy mój umysł, tym większe szanse, że COŚ wypali. I próbujesz, jeden po drugim… nie zdejmuję już tego filtru.

Czasami tylko, gdy jestem z bliskimi czy znajomymi, staram się założyć takie „klapki” na oczy, żeby móc poświęcić 100% uwagi ludziom, na których mi zależy. Nie pozwalać swoim myślom wyjść do pracy, gdy moje ciało jest w danym momencie w domu.

Choć daleko mi do ideału i mam bardzo niesforny umysł… lubi błądzić…

 

 

3 grudnia, 2018 r.

Poniedziałek, godzina 12:01

– Kur…!

Moja drukarka postanowiła się zbuntować i wciągnąć trzy kartki na raz. Wyciągam potwierdzenie przelewu do ZUS-u dla księgowego i chowam w szufladzie. Do spalenia w kominku u rodziców…

Drukuj… Dwustronnie… Na ścianie wisi ponad metrowy kalendarz na 2019 rok. Powinnam pomyśleć nad zaktualizowaniem kursu dla wzrokowców… W nocy może zacznę rozrysowywać plan promocji, artykułów i reklam na FB…

Wchodzę na pocztę email i wysyłam faktury kilku kursantom, którzy również prowadzą swoje firmy. Patrzę na zegarek, jest jeszcze wcześnie. Wizyta u księgowego powinna mi zająć jakąś godzinę, więc zdążę przed kolejnymi zajęciami. Zbieram kopie faktur i resztę dokumentów, ubieram buty i zamykam mieszkanie na dwa spusty.

 

 

11 grudnia, 2018 r.

Wtorek, godzina 12:01

 

Zerkam nerwowo na zegarek. Mam jeszcze 2 godziny do kolejnych zajęć, a muszę jeszcze przygotować część materiałów. Jestem w trakcie pisania posta na bloga o czasie Past Simple. Artykuł, bez wątpienia, będę musiała kilka razy poprawić. Miałam to zrobić wczoraj w nocy, ale zamiast tego przygotowałam materiały dla wzrokowców na konwersacje przy kawie, które współorganizuję z lokalną kawiarnią.

Moi sąsiedzi z pewnością mnie kochają za to, że o północy cięłam gilotyną do papieru układanki dla kursantek…

 

Odzywa się dźwięk dzwoniącego domofonu.

– Słucham?

– Kurier.
– Zapraszam.

Płacę dziewczynie i rozpakowuję ulubiony balsam do ciała mojej mamy. Jeden z prezentów pod choinkę, które od 1,5 tygodnia chomikuję na szafie.

Siadam z powrotem do pisania artykułu ignorując kubek z zimną już kawą.

 

 

12 grudnia, 2018 r.

Środa, godzina 12:01

 

– Heja! – uśmiecham się do drobnej brunetki, która stoi za ladą.

– Cześć!

Dobra, pierwsza próba… BIIIP! BIIIP! BIIIIP!

– Nigdy się nie nauczę… – Przykładam swój palec do czytnika raz jeszcze i tym razem system mnie wpuszcza. Otwieram drzwi do szatni i przebieram się w swoje ulubione czarne legginsy, po czym wskakuję na orbitrek, żeby zrobić rozgrzewkę przed treningiem siłowym.

Podłączam słuchawki do telefonu i ustawiam go na panelu maszyny. YouTube… 22 Immutable Laws of Marketing Audiobook…

Na 15 minut zanurzam się w świecie promocji biznesu.

Dobra, skup się… Zatrzymaj się przy każdym podpunkcie i zastanów jak możesz wykorzystać wskazówkę w swojej działalności…

 

 

2 myśli na temat “Cała prawda o „byciu na swoim”

  1. Hmm… Może źle o tym myślę, ale to brzmi naprawdę strasznie. Brzmi jakby Twoje ciało było cały czas w pozycji gotowej do pracy, nigdy się nie męczyło i… Jakbyś ciągle była spięta, żeby z się wszystkim wyrobić.
    Jesteś w tym wszystkim szczęśliwa?

    1. Droga Agnieszko 🙂

      Moją intencją absolutnie nie było demonizowanie stylu życia osoby samozatrudnionej czy przedsiębiorcy, choć gdy przeczytałam Twój komentarz zdałam sobie sprawę, że tak mogło to przez przypadek zabrzmieć 🙂

      Czemu powstał post? Z kilku względów. Na porządku dziennym słyszę komentarze sugerujące, że „tak mi dobrze, bo nie mam szefa” i to wszystko jest takie kolorowe i z taką łatwością mi przychodzi. 😉 Moją intencją było raczej podkreślenie, że taki styl życia nie jest dla każdego i nie na każdym etapie (gdybym miała w tym momencie dzieci, nie byłoby mowy o takich godzinach pracy). A i też różne firmy wymagają innych inwestycji uwagi, energii, czasu, itp.

      Czy bywam przepracowana? Często. Ale każdy z tych dni jest świadomym wyborem i niczego nie żałuję. Nie potrafię Ci opisać jak ciepło mi się na serduchu robi, gdy dostaję maila od czytelniczki z podziękowaniami za wskazówki albo gdy któryś kursant pochwali się tym, że dostał pracę po naszych wspólnych przygotowaniach do rozmowy kwalifikacyjnej po angielsku. Budowanie jakiejś formy „spuścizny” (z braku lepszego określenia) ma swoją cenę, ale dla mnie jest warte każdego centa.

      Uczyłam kiedyś dziewczynę niewiele młodsząą od siebie, która pracowała w korporacji i przyjeżdżała na zajęcia do mnie prosto z pracy. Wymęczona, wymordowana, po nadgodzinach i bez grama energii mentalnej. I znów, nie wszyscy pracujący w korpo tak żyją, ale wiem, że gdybym to była ja, to mój poziom ambicji pchałby mnie do tego, aby dawać z siebie wszystko. Bardzo mi jej wtedy było szkoda, bo jej nikt nie napisze wiadomości z podziękowaniem. A ja, choć są dni, gdy padam na twarz, gdy przeczytam, że „ktoś dzięki mnie zdał swoją ustną maturę z angielskiego”, to wiem, że zrobiłam dobrą robotę i było warto. 🙂

Dodaj komentarz